Dzień Dobrego Słowa listopad 2014

3

Powiedz to dobrym słowemBez znajomości siły słów
niemożliwa jest znajomość siły człowieka

 

Konfucjusz

Miałam  już dzisiaj nie pisać. Miałam zachęcić, aby raz jeszcze przeczytać tekst, który napisałam na blogu w Święto Niepodległości. Jakoś jednak nie potrafię zostawić tego dnia bez kreski, bez moich słów, bez przypominania… Ot, siła nawyku, dobrego nawyku.

 

W taki sam zresztą sposób buduje się mechanizm decydujący o tym jakich słów używamy, czy dobrych wzmacniających i budujących nas i innych  czy niedobrych zabierających zawsze siłę, a czasem godność .  To nawyk.

 

Jeśli nie wyrobimy w sobie świadomie nawyku kontrolowania tego, co mówimy,
jeśli nie będziemy nakłaniać siebie do używania określonych słów,
z naszych ust wychodzić będą słowa przypadkowe, te, które akurat będą najbliżej.

 

Dookoła nas ludzie używają słów mocnych, osądzających, wulgarnych i zwyczajnie – niemiłych, zatem bez kontroli świadomości szansa, że przyjdzie nam do głowy słowo niedobre, jest znaczna.  Jeśli jednak świadomie zapanujemy nad naszą mową, nad językiem, nie będą miały u nas szansy, nawet kiedy wpadną nam do podświadomości.  To jest trochę tak, że cały aparat mowy jakby odzwyczaja się od nich. Może się zdarzyć, że pojawi się w naszych ustach takie niechciane słowo, ale jak dziwnie się wtedy poczujemy, jak nieadekwatnie, nie na swoim miejscu.

 

Wiem, co mówię, jako że nie zawsze dbałam o swój język i używałam – nieraz z upodobaniem – nieeleganckich słów, nawet wulgarnych. Żyję w świecie, zatem wciąż docierają do mnie słowa, których sama dziś nie używam i zdarza się (niezwykle rzadko), że wypowiem takie niechciane słowo. Tak właśnie wtedy czuję. Już kiedy jestem w trakcie mówienia jest mi… niewygodnie,  czuję, że jest to niepotrzebne… Nieraz zdążę je zatrzymać.  Ale bywa, że je wypowiem… Ależ dysonans!  

Podobnie też czuję, kiedy inni w mojej obecności używają słów niedobrych czy tylko niewłaściwych.  Po co to robić? Po co zabierać słowami urodę życiu, po co pozbawiać nimi ludzi radości? Czy warto dokładać do wyzwań codzienności mocne określenia, które tylko je potęgują, czy lepiej mówić tak, aby łatwiej nam było im sprostać?

Czy naprawdę musimy głośno i wyraźnie słowami intensyfikującymi te uczucia informować cały świat o swoich nieprzyjemnych emocjach.  Skoro już chcemy coś powiedzieć, to czy nie lepiej powiedzieć nie podoba mi się to zamiast nienawidzę tego? I czy rzeczywiście jest to tak, że się czegoś aż nienawidzi? Czy zamiast doprowadza mnie do szału nie lepiej powiedzieć irytuje mnie? A zamiast jestem wściekła, po prostu miałam niełatwy dzień. Nie poczujemy się lepiej werbalizując nielubiane emocje, a istnieje szansa, że przeniesiemy je na innych. Zauważcie proszę Kochani, choćby i dziś, że kiedy nazwiecie coś delikatniej, nie tak wyraziście, straci ono tak wielkie znaczenie, nie będzie tak silnie odczuwane. Słowa bowiem mają moc – wzmacniają lub osłabiają nasze przeżycia.

Są oczywiście sytuacje, w których gniew jest najbardziej adekwatną emocją, a nawet – potrzebną. Mamy też prawo objawiać innych swoją złość, nie tylko – niezadowolenie. Niech to jednak będzie świadome i adekwatne do naszych uczuć.

Emocje, poziom ich natężenia, a nawet znak, zależą od nas w większym stopniu niż sądzimy. Nie to, jak je nazywamy,  decyduje o lepszym sobie z nimi  radzeniu, ale to jak je rozumiemy i co z nimi robimy. Chodzi o to, aby odczytać, co nam nasze emocje i uczucia mówią i działać tak, aby zatrzymywać te, które zatrzymać chcemy i pozbywać się niechcianych.  Najlepiej zacząć od słów.

 

 

PODZIEL SIĘ

3 KOMENTARZE

  1. Pani Iwono
    Ja uprawiam z grupą znajomych improwizację, głównie sceniczną. Miałem taką historię gdy chciałem przekonać Panią Dyrektor Domu Kultury że to co robimy jest wspaniałe licząc na jakieś wsparcie. A ona na to:
    – Ale o co właściwie chodzi jaka improwizacja jakiego teatru, zaczniecie przeklinać…
    Co ciekawe zdałem sobie sprawę, że mimo, iż w czasie improwizowania uwalniamy cenzora wewnętrznego, nie zastanawiamy się, nie planujemy tylko uwalniamy myśli na bieżąco, zamieniając je w słowa, zdania, wypowiedzi przekleństwa w zasadzie nie padają nigdy. :) To chyba kwestia wyjątkowo pozytywnej energii jaka wtedy między nami panuje… sam nie wiem.
    Bo każdy z nas zna brzydkie słowa…
    Co ciekawe, po ostatnim występie byłem pod wrażeniem jak publiczność pozytywnie reaguje na przekleństwa ze sceny, to ich rozbawia.
    Mam wielką ochotę przetestować, jak ze sceny oddziałuje emocjonalny przekaz „takie prawie już przekleństwo” w zestawieniu ze słowami „jestem poirytowany” lub coś równie miękkiego :)

    • :) Niestety wiem, że wulgarne słowa ludzi bawią i niestety wiem, ze Twórcy się do tego naginają i podporządkowują się zabawie. Jednak na widowni sa tacy ludzie jak ja, których to wcale nie bawi i powoduje, że nie przychodzą na imprezy a nawet na przedstawienia teatralne. Zastępowanie tych słów innymi (np. „motyla noga” ) :) wymaga finezji, myślenia, inteligencji… A co to za radość, ze ktoś się śmieje, bo użyło się nieładnego słowa? A kiedy się śmieje z powodu finezji… a to jest przyjemność. Pozdrawiam serdecznie i czekam na wyniki eksperymentu.

  2. Zgadzam się w 100% procentach.U nas w Polsce przywiązuje się mało wagi do wulgaryzmów.Co więcej ,mamy je na jednym poziomie a nie jak w krajach anglosaskich albo skandynawskich. U mnie w Holandii jest taka społeczna kampania reklamowa na billbordach,mówiąca ,że życie to coš więcej niż przeklinanie.To szczególnie dotyczy naszych rodaków pracujących tutaj w Holandii ,których można poznać po chrakterystycznych przekleństwach.Ja Już czasami ni wytrzymuje i. zadaję pytanie:Nie znacie pañstwo innych słów??Niestety otrzymuję taką wiązankę… Uszy pękają Szkoda!
    zapraszam na mój blog na www vertaalbureaumagda.nl w 3 a wkrótce 4 językach.
    Pozdrawiam
    Magda

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here