Spacer w deszczu

7

 Niektóre życiowe sytuacje nie pytają o zgodę. Wchodzą bez zapowiedzi, rozkładają się po kątach i każą nam się do siebie dostosować. I to często wtedy, kiedy mamy inne plany albo zwyczajnie nie mamy ochoty na żadne zmiany.
Kilka dni temu dostałam informację, że w moim bloku będzie obowiązkowe pryskanie kuchni i łazienki oraz kontrola w kierunku pluskiew i… myszy. Przeczytałam to z lekkim niedowierzaniem. W mieszkaniu nigdy nie widziałam ani karalucha, ani żadnego innego lokatora na gapę. O myszy nawet nie wspomnę. Gdyby coś działo się w łóżku – wiedziałabym o tym szybciej niż ktokolwiek z administracji.
A jednak trzeba było wyjąć wszystko z szafek, przygotować mieszkanie, udostępnić sypialnię i… opuścić dom na sześć godzin.

W pierwszym momencie środku coś mi się zbuntowało. Pojawiła się myśl, żeby napisać, poprosić o wyjątek, wytłumaczyć, że u mnie naprawdę nie ma czego szukać. Miałam też ochotę, żeby się po prostu pozłościć. Trochę ponarzekać, trochę pokręcić głową nad systemem, który nie widzi różnic. Na szczęście dość szybko nad tym zapanowałam. Skoro i tak muszę to zrobić – pomyślałam – to mogę zrobić z tego coś dobrego.
Wyjmowałam więc wszystko z szafek, ale nie tylko po to, żeby spełnić wymagania, ale dostrzegałam w tym specjalna okazję. Posprzątałam dokładniej niż zwykle, poukładałam rzeczy inaczej – wygodniej, pozbyłam się tego, co już mi nie służy.
Taki porządek, który nie jest obowiązkiem, ale wyborem, smakuje zupełnie inaczej.

A potem wyszłam z domu. Sześć podarowanych do zagospodarowania godzin spędziłam z córką. Dawno nie byłam i u niej, i w jej uroczej okolicy.  Był pyszny lunch, rozmowy, spacer w deszczu – taki, co nie przeszkadza, tylko odświeża – i wizyta w koreańskim sklepie, do którego od dawna się wybierałam. Zadowolona wróciłam do domu. W lodówce pojawiło się kimchi, a dziś na stole – warzywny gulasz w koreańskim smaku.

Mieszkanie wyglądało dokładnie tak, jak je zostawiłam. Jedynie lekko odsłonięty brzeg łóżka i pułapka pod zlewem przypominały, że ktoś tu był i coś sprawdzał.
Pomyślałam, że to jeden z tych momentów, który decyduje o jakości życia. Nie to, co nas spotyka, ale w to, co z tym robimy.

Zdarzenia same w sobie są często neutralne. To nasze myśli, nasz sposób podejścia nadaje im sens i kierunek. Możemy się złościć, narzekać, opowiadać sobie historię o niesprawiedliwości i bezsensie. Możemy też – i to jest prawdziwa wolność – wykorzystać to, co przyszło, nawet jeśli przyszło nieproszone. Nie chodzi o udawanie, że wszystko jest przyjemne. Chodzi o decyzję, że nawet w tym, co niewygodne, można znaleźć przestrzeń na coś dobrego. Czasem jest to porządek w szafkach. Czasem rozmowa, na którą wcześniej nie było miejsca. Czasem spacer w deszczu. Czasem nowe smaki.
A zawsze coś znacznie głębszego – doświadczenie, że mamy wpływ. Nie na wszystko, co się wydarza, ale na to, kim w tym wydarzeniu jesteśmy.

To co, że w życiu pada! Spacer w deszczu też ma swoją urodę.

7 KOMENTARZE

  1. Takie spojrzenie na wymuszoną lub konieczną sytuację faktycznie zmienia naszą reakcję na nią. To tak jak stanie w korku ulicznym, nie możemy nic zmienić fizycznie, ale zmiana podejścia zmienić może ten czas w przyjemny/ osobiście słucham podkastow, planuję dalszy dzień, prowadzę zaległe rozmowy lub staram się wyłączyć z myślenia- medytuję. W takim momencie złoszczenie nic nie wniesie dobrego,odejście zaś zamienia dużo.
    Piękny tekst. Dziękuję 💕

  2. Czasami faktycznie ma się ochotę pozłościć na niektóre sprawy, ale zbawienna jest myśl, która przychodzi “czy warto?”. Nic nam przecież to nie da, jeśli nie mamy wyboru, co do samej sprawy.
    Dziękuję za tekst, w którym pokazałaś Iwonko, jak dobrze nam robi zamiana tego co wymuszone, na to co wybieramy❤️

    • Poza tym stajemy się w takim momencie ofiarami. A do niczego nie jest nam to potrzebne. I czasem – ot choćby w tym wypadku, te różne działania są potrzebne, nawet, jeśli nam się to nie podoba. ❤️

  3. Cieszę się , że poruszyła Pani ten temat i cieszę się , że mogę z coraz większą swobodą reagować na pewne wydarzenia. Przykład z ostatniej soboty- ustalałam w miejscu pracy, że przedłużymy umowę do końca miesiąca , abym miała czas na znalezienie nowej pracy. W sobotę rano doszło do małej niespodzianki – chciałam wyruszyć do pracy a tu kapeć w samochodzie . Napisałam
    smsa do pracodawcy z informacją o zdarzeniu losowym. Dopompowaliśmy z tatą koło za pomocą kompresora i dzięki temu dojechałam do najbliższego warsztatu wulkanizacyjnego . Pan z serwisu zajął się oponą i wracając powiedział , że sprawdził na wszystkie sposoby ale opona jest dobra i z kołem wszystko w porządku . Dojechałam do pracy 2 godziny później . W trakcie pracy dowiedziałam się , że nie przedłużają ze mną umowy, bo się spóźniam. Uśmiechnęłam się tylko pod nosem i stwierdziłam , że dostarczyłam „ dobrego „ argumentu do nieprzedłużenia umowy. Dziś jestem już po spotkaniu z nowym pracodawcą i bardzo dobrze to rokuje .
    Fajnie , że nie muszę już przebywać z nieetycznymi ludźmi dwa tygodnie dłużej :)

    • Pani Marto Droga ależ to dojrzałe i mądre. Właśnie o to chodzi. Tak naprawdę każda sytuacja jest dla nas do wykorzystania. Tylko, żeby to dostrzegać, trzeba nauczyć sie właśnie tak patrzeć. ❤️

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here