Pojemny worek samotności

2

Słowo samotność zrobiło zawrotną karierę. Nie ma dnia, abym nie usłyszała albo przeczytała czegoś ze słowem samotność. Mówi się wręcz o epidemii samotności, o samotnym społeczeństwie, o tym, że żyjemy coraz bardziej obok siebie.

A ja zastanawiam się, czy pod słowem samotność nie ukrywamy zbyt wielu różnych doświadczeń.

Sama nigdy nie czułam się samotna. Pamiętam, że jako dziecko często miałam poczucie, iż nie bardzo pasuję do swojej rodziny. Patrzyłam na świat trochę inaczej, zadawałam inne pytania, szukałam czegoś, czego wokół siebie nie znajdowałam. Czy to była samotność? Nawet wtedy tak tego nie nazywałam. To było raczej poczucie odmienności.
Podobnie czułam się w liceum, gdzie nie należałam do żadnej grupy.
W małżeństwie bywały często chwile, kiedy zostawałam sama z odpowiedzialnością – z decyzjami, sprawami do załatwienia a nawet codziennymi obowiązkami.  Nie mówiłam wtedy: jestem samotna. Czułam raczej, że zwyczajnie – brakuje mi pomocy męża, a nawet inaczej, że to jemu brakuje pewnych cech. To zupełnie co innego.
Od wielu lat mieszkam sama – nawet, kiedy byłam w związku. Nigdy nie czułam się samotna. Lubię ciszę. Lubię swoją przestrzeń. Lubię decydować w pojedynkę o swoim losie. A przede wszystkim – lubię siebie i swoją obecność.
Znam wiele osób, które żyją podobnie, jak ja i są szczęśliwe. Znam też takie, które nie są… ale wtedy zwykle nie samotność im doskwiera, ale brak zaspokojenia konkretnej potrzeby.

Dlatego pytam: Czym właściwie jest samotność? Czy naprawdę można uznać, że skoro ktoś mieszka sam, to jest samotny?
A może mylimy bycie samemu z poczuciem samotności?

Myślę, że właśnie tu zaczyna się nieporozumienie. Bardzo różne doświadczenia wrzucamy do jednego worka i przyklejamy im etykietę: samotność. Tymczasem to mogą być objawy różnych sytuacji:
Może ktoś czuje się niezrozumiany?
Może jest zmęczony powierzchownymi relacjami?
Może brakuje mu bliskiej rozmowy?
Może przeżywa żałobę?
Może jest sam ze swoim lękiem?
Może nie odnalazł jeszcze ludzi, przy których może być sobą?
A może nie lubi siebie, nie docenia swojej obecności?

Każde z tych doświadczeń jest inne. Każde wymaga czegoś innego. A jednak często nazywamy je tym samym słowem.
Czy wtedy naprawdę pomagamy sobie zrozumieć istotę problemu? Mam wątpliwości. Jeśli wszystko nazwiemy samotnością, to łatwo to przeoczyć.

Może wcale nie potrzebujemy więcej ludzi wokół siebie.
Może potrzebujemy jednej dobrej rozmowy.
Więcej życzliwości.
Poczucia sensu.
Większej odwagi, by pokazać siebie takim, jakim się jest.
Może trzeba nam polubić siebie.

Kiedy próbujemy opisać ludzkie życie, dobór słów jest istotny – dzięki temu zbliżamy się albo oddalamy od prawdziwej potrzeby.

A zatem, czy naprawdę chodzi o samotność? Czy może do tego pojemnego worka wrzuciliśmy znacznie więcej? Może nie mamy do czynienia z epidemią samotności. Może mamy epidemię niewłaściwie nazwanych doświadczeń.

A to wszystko zmienia.

P.S. 
Chcę zrobić pogadankę na temat samotności. Czy myslisz, ze to dobry pomysł? 

2 KOMENTARZE

  1. Pomysł dobry. Moja mama od trzech lat mieszka sama i nie czuje się samotna. Codziennie rozmawia ze mną przez telefon, co drugi dzień z moim bratem. Ma swoich znajomych z którymi się spotyka czy rozmawia przez telefon. . Bardzo docenia obecny czas i ceni każdy dzień.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here