Nieobecność we własnym życiu

4

Nieobecność we własnym życiu nie oznacza braku działania. Nie polega na wycofaniu się z codzienności ani na porzuceniu ról. Można pracować, dbać o innych, podejmować decyzje, a nawet odnosić sukcesy… i jednocześnie być nieobecną. Ta nieobecność jest subtelna i niełatwa do uchwycenia. Pewno dlatego, że  nie boli wprost.
Jest stanem, w którym życie toczy się poprawnie, lecz jakby bez środka ciężkości. Człowiek robi to, co trzeba, myśli to, co wypada, mówi to, co uznaje za rozsądne… Jednak, kiedy przywoła w myślach jakieś chwile, ma poczucie, że nie uczestniczył w tym w pełni. Jakby stał pół kroku obok siebie. Jakby obserwował własne życie zamiast w nim być.

Nieobecność nie jest brakiem świadomości. Przeciwnie – często dotyczy osób refleksyjnych, uważnych, myślących. Nie jest też lenistwem ani emocjonalną niedojrzałością. To raczej stan długotrwałego odsunięcia się od własnego doświadczenia. Od tego, co czuje ciało. Od tego, co naprawdę porusza. Od tego, co domaga się odpowiedzi.

Skąd się bierze taka nieobecność?
Jednym z jej źródeł bywa przeciążenie doświadczeniem. Gdy życia jest za dużo – emocjonalnie, relacyjnie, egzystencjalnie – świadomość potrafi się cofnąć. Często po to,  by chronić psychikę… choćby ratując ją przed depresją. Człowiek uczy się funkcjonować trochę dalej, żeby nie czuć nadmiaru. Ten mechanizm bywa bardzo pomocny w trudnym czasie, lecz problem zaczyna się wtedy, gdy zostaje na dłużej i staje się normą.

Innym źródłem jest życie w trybie reagowania. Kiedy przez lata odpowiada się głównie na to, co przychodzi z zewnątrz – potrzeby innych, oczekiwania, okoliczności – zanika kontakt z własnym wyborem. Dzień po dniu coś się załatwia, organizuje, domyka. Życie płynie, lecz pytanie czy ja w tym jestem? pojawia się coraz rzadziej. W końcu przestaje się pojawiać wcale.

Nieobecność często wiąże się także z utratą kontaktu z ciałem. Ciało, które nie jest słuchane, przestaje być źródłem informacji. Staje się narzędziem do przenoszenia głowy z miejsca na miejsce. Gdy zanika uważna odpowiedź na zmęczenie, napięcie, subtelne sygnały, znika naturalne zakotwiczenie w tu i teraz. Świadomość przenosi się wyżej – w myślenie, analizowanie, planowanie – i tam zostaje. Wiele kobiet tak żyje. Sama miałam taki okres.

Bywa również, że nieobecność chroni przed prawdą o sobie. Przed uznaniem, że coś się skończyło albo nie wyszło. Obecność wymaga odwagi, ponieważ prowadzi do spotkania z tym, co jest, a nie z tym, co miało być. Dla wielu osób łatwiej jest żyć lekko obok niż spojrzeć wprost.

Czasem nieobecność staje się po prostu przyzwyczajeniem. Jeśli przez długi czas żyło się bez głębokiego kontaktu ze sobą, obecność nie jawi się jako coś naturalnego. Cisza nie uspokaja, lecz niepokoi. Zatrzymanie nie przynosi ulgi, lecz poczucie pustki. To nie jest błąd ani porażka – to informacja o drodze, którą człowiek przeszedł. Odkrycie prawdy, że ta droga się nie skończyła bywa pierwszym momentem prawdziwej obecności. W myśli mnie tu nie ma pojawia się przecież ktoś, kto zaczyna wracać.

4 KOMENTARZE

  1. Oj długo tak żyłam. Na szczęście to już przeszłośc:)
    Dziękuję Iwonko na przypomnienie ważnego tematu. Ten stan bycia przy sobie jest dla mnie niezwykle ważny 🧡

  2. Bardzo dobry temat do poruszenia w jakiejś pogadance. Dziś dużo w mediach słyszymy i rozwoju osobistym, duchowości, sprawczości , świadomości itp. A o tym co Pani pisze mało można usłyszeć , może warto to rozwinąć i puścić w eter . Z przyjemnością posłucham ❤️

    • Tak dosłownie, nie mówi się o tym, ale sporo jest na temat. Może rzeczywiście warto to zrobić… Dziękuję. ❤️

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here