Wtapianie się w tło to nie nasze powołanie. Jesteśmy tu po to, aby świecić własnym światłem. Nie o podziw tu chodzi, nie o poklask i nie o bycie zauważoną za wszelką cenę. Można przecież stać na środku sceny i być oświetlanym jedynie reflektorami. A można żyć spokojnie, bez rozgłosu, a jednak promieniować czymś, co inni czują natychmiast: prawdą, obecnością, odwagą, dobrem.
Własne światło nie potrzebuje sceny. Potrzebuje zgody – wewnętrznego przyzwolenia, by nie pomniejszać siebie dla spokoju innych, nie przyciszać tego, co wyraziste, nie ukrywać zdolności i odważnie pokazywać siłę. To światło zaczyna być widoczne wtedy, gdy przestajemy udawać, że go nie mamy. Świecimy, kiedy jesteśmy wierni sobie, kiedy wybieramy własną drogę, choćby ktoś oczekiwał innej.
Tymczasem często łatwiej przychodzi nam przyznać się do słabości niż do własnej wielkości. Marianne Williamson napisała słowa, które odbiły się szerokim echem: że naszym najgłębszym lękiem nie jest to, że jesteśmy niewystarczający, lecz że jesteśmy potężni ponad miarę.
Możliwe… wszak taka świadomość zobowiązuje. Jeśli uznam, że naprawdę coś potrafię, nie schowam się za nieśmiałością. Jeśli wiem, że mam coś ważnego do powiedzenia, nie mogę udawać, że mój głos niczego nie wnosi. Jeśli czuję w sobie dar, nie mogę przez całe życie zachowywać się tak, jakby go nie było.
Bezpieczniej jest tworzyć tło. Nie trzeba się mierzyć z oceną. Nikt nie powie, że jesteś zbyt pewna siebie, zbyt odważna, zbyt widoczna.
Tylko czy cena za takie bezpieczeństwo nie jest za wysoka? Przecież wtedy nie żyjemy w pełni – nawet nie odsłaniamy naszego potencjału.
Skromność nie wymaga pomniejszania siebie. Można przecież znać swoją wartość i nie uważać się za lepszą od innych. Można świecić i nikogo nie oślepiać. Można odważnie zajmować swoje miejsce, nie zabierając miejsca nikomu innemu.
Światło jednej osoby nie odbiera światła drugiej. Przeciwnie. Czasem inni idą w jej ślady – znajdują swoje światło.
Każdy dostał jakiś kawałek świata do rozświetlenia. Dla jednych będzie to rodzina. Dla innych praca, sztuka, nauka, służba ludziom. Ktoś wnosi piękno, ktoś inny spokój, a jeszcze ktoś – odwagę. Są tacy, co zadają pytania, których inni boją się zadać i tacy, co widzą człowieka tam, gdzie inni widzą tylko problem.
Nie otrzymaliśmy życia po to, żeby je przeczekać. Warto pytać:
Czy przygaszam własne światło? Jeśli tak, to gdzie?
Czy wybieram tło, choć coś we mnie chce zrobić krok naprzód?
Co zrobiłabym inaczej, gdybym była pewna swojej wielkości?
I świecić… na swoim kawałku świata.



Piękny tekst, bardzo refleksyjny. Właśnie sobie uświadomiłam, że właśnie od pewnego czasu stałam się tłem w pracy. Robię swoje za zamkniętymi drzwiami klasy i nie chcę już tak wszystkiego pokazywać. Mam satysfakcję z pracy, widzę efekty, mam spokój. Czy powinnam jak dawniej pokazywać to wszystko?
A jak się z tym czujesz Reginko? Może świecisz dla dzieci? Zależy dlaczego nie pokazujesz. Jeśli sąto obawy, jeśli udajesz, że nie masz światła, to nie jest dobrze. Jednak pokazywanie bez sprzyjającej temu sytuacji też nie jest dobre.❤️
Każdy dostał kawałek świata do rozświetlenia – ależ to do mnie przemawia. Dziękuję za ten wpis.
To wspaniale. Dziękuję. ❤️
Dziękuję Pani Iwonko ❤️
…znowu wpis idealnie trafia w moment mojego zycia :) przygaszałam ostatnio MOJE ŚWIATŁO :) i nie wiedziałam dlaczego się kurczę .
Wróciłam do Siebie i świecę po swojemu – bez oklasków i bez rozgłosu .
Cudowny tekst ❤️Przytulam MOCNO !
Dziękuję. Cieszę się, że wróciła Pani do siebie – Violu. Wszystkiego pięknego. Przytulam również. ❤️