Za oknem wiatr. Silny, podobno sztormowy. Taki, który nie tylko porusza drzewa, lecz wprawia w ruch całe powietrze. Śnieg nie spada – tańczy. Wznosi się, zawraca, wiruje, jakby nie miał zamiaru osiąść ani na chwilę. Z piętnastego piętra apartamentowca widać to wyraźnie. Widok jest piękny. Gdyby nie ten wiatr, niósłby niemal kojący spokój.
Jestem w jakimś sensie uwięziona wysoko nad miastem. Nie dlatego, że nie mogę wyjść, lecz dlatego, że warunki na zewnątrz dyktują swoje reguły. To nie jest najmilsza pogoda. Nie taka, którą się celebruje spacerem czy otwartym oknem. A jednak można sprawić, że będzie to bardzo dobry dzień.
Nie przez zaprzeczanie temu, co za oknem. Nie przez udawanie, że jest inaczej. Raczej przez świadome przeniesienie środka ciężkości do środka. Do wnętrza mieszkania. Do wnętrza siebie.
Dobry dzień w taką pogodę nie rodzi się z aktywności. Rodzi się z decyzji, by zwolnić. By pozwolić sobie na bycie tu, bez konieczności nadążania za światem, który dziś pędzi niczym ten wiatr. To dzień, który nie potrzebuję planu, lecz uważności.
Palę świece. Jedna ma zapach jabłek i cynamonu. To zapach, który nie udają luksusu. Jest domowy, znajomy, niemal archetypiczny. Przywołuje ciepło, nawet jeśli za oknem wszystko jest w ruchu. Gotuję też kompot z suszonych owoców. W okresie przedświątecznym są specjalne porcje owoców na kompot wigilijny. Kupuję ich więcej. Z myślą o takich dniach właśnie. O dniach, które nie są świąteczne z kalendarza, lecz mogą stać się świąteczne w sensie wewnętrznym. W sensie zatrzymania. Powrotu do prostych gestów, które niosą w sobie ciągłość.
To nie jest nostalgia. To pamięć ciała i zmysłów. Zapach gotujących się owoców, para unosząca się znad garnka, ciepło rozlewające się po kuchni. To przypomina, że życie składa się z małych, powtarzalnych czynności, które mają moc porządkowania wnętrza.
Przyjemny dzień w taką pogodę nie polega na robieniu sobie dobrze w powierzchownym sensie. Polega na zgodzie. Na przyjęciu faktu, że dziś nie trzeba być wydajnym, towarzyskim ani odważnym. Wystarczy być obecnym. Z herbatą w dłoni. Z ciepłem w mieszkaniu. Z widokiem, który można podziwiać bez potrzeby wchodzenia w niego.
Wiatr za oknem robi swoje. Nie musi przestać. Śnieg może dalej tańczyć. Piętnaste piętro może pozostać wysoko. A dzień – mimo wszystko – może być dobry. Cichy. Przyjazny. Wystarczający.
Czasem to właśnie w takie dni najłatwiej wrócić do siebie. Bez wielkich postanowień. Bez narracji o rozwoju. Przez świecę. Przez zapach jabłek i cynamonu. Przez garnek kompotu, który gotuje się powoli, dokładnie tak, jak ten dzień.


