Proaktywność w działaniu 9

6

Na tym świecie jest mnóstwo ludzi,
którzy spędzają tak dużo czasu na uważaniu na zdrowie,
że nie mają czasu się nim cieszyć

 

Josh Billings

 

To już dziewiąty odcinek rozważań o proaktywności w działaniu.
Dziś jeszcze o granicach odpowiedzialności. To ważne, by wiedzieć, gdzie one przebiegają. Chodzi bowiem o to, by nie brać na siebie zbyt wiele, bo można mieć niepotrzebny stres, a ponadto w przypadku niepowodzenia można obniżać samoocenę. Nie potrzebujemy także poczucia winy, które wywołuje u niektórych świadomość odpowiedzialności za porażkę.

 

 I o to także chodzi, by nie sądzić, że  życie da się w całości kontrolować.
Mamy wpływ na nasze myśli, słowa, wybory i zachowania. To pewne.

 

Wciąż jednak są jakieś zdarzenia losowe czy koincydencja.
Wciąż są inni ludzie,
na których często nie mamy żadnego wpływu.

Wciąż jest mnóstwo dziwnych, niezrozumiałych sytuacji,
które zupełnie wymykają się spod kontroli.

 

Nawet jeśli do niektórych zdarzeń przyczyniamy się podświadomie (albo jak chcą wierzyć niektórzy także poprzez karmę), a świadomie nie mamy na nie wpływu, to nie możemy brać za to odpowiedzialności, przynajmniej nie w jednostkowym życiu.

 

Oczywiście warto starać się wykorzystywać wiedzę związaną z odpowiednim programowaniem podświadomości, tak by być skuteczniejszym, zdrowszym czy szczęśliwszym, jednakże nie przesadzajmy, że tylko my jedynie jesteśmy tu za wszystko odpowiedzialni.

 

Proaktywność dotyczy tego na co mamy świadomy wpływ.

 

Mamy dziś wielu zwolenników dość ezoterycznego podejścia do życia uznającego, że wszelkie choroby związane są z naszym działaniem, myśleniem i tak dalej. Krótko mówiąc – podejście to przenosi na jednostkę całą odpowiedzialność za stan zdrowia. 

Co to powoduje? Poczucie winy… a czasem kierowanie swojej uwagi nie tam, gdzie przede wszystkim trzeba.

Oczywiście, że sposób, w jaki żyjemy wpływa na stan naszego zdrowia. Ale nie tylko to… Oczywiście, że moje jednostkowe myśli mają związek z moim zdrowiem lub jego brakiem, ale nie tylko moje myśli.

Kiedy czasami wyznawałam, że jestem niezdrowa, mówiono mi żebym porozmawiała z ciałem.  To właśnie zwolennicy tej pełnej odpowiedzialności.

 

Rozmawiam z ciałem, codziennie.  Nie znaczy to jednak, że na wszystkie tematy mamy takie samo zdanie, ani nie zmienia faktu, że pewne schorzenia mam od urodzenia a inne – owszem – sama sobie załatwiłam, ale … już to się stało.

Słucham mojego ciała, ale słucham też duszy… I czasami to nieco inne głosy. Kocham siebie i dbam o siebie jak mogę. A takie sformułowanie niesie w sobie domniemanie, że czegoś zaniechałam, coś zaniedbuję…

Nie chcę aż takiej odpowiedzialności.

Życie ludzkie ma swoje granice. Materiał się zmienia, zużywa, czasem degeneruje. Nie na wszystko ma się tutaj wpływ. To nie ciało ma żyć wiecznie.

 

ZADANIE:

Proszę ocenić czy aństwa stosunek do wlasnego zdrowia jest zbalansowany. Czy nie biora Państwo zbyt niskiej lub zbyt wysokiej odpowiedzialności za jego stan?

 

 

 

PODZIEL SIĘ

6 KOMENTARZE

  1. Witam, Pani Iwono uwielbiam czytać Pani wpisy! Dziś ponownie rozwiała Pani pewne moje wątpliwości…… Dziękuję jescze raz! Wiem, że jestem na dobrej drodzę i czuję że zaczynam życ!

    • Te możliwości są jednak ograniczone choćby ogólną wiara ludzi. Co z tego, że ja będę wierzyła w to, że człowiek może żyć do 400 lat, jeśli będę w tym sama. Z drugiej strony nie wszystkie cele naszego życia są dla nas jasne. Dziedziczę coś być może dlatego, że mam coś przeżyć, czegoś się dowiedzieć, coś zrozumieć. Dzieci? Czy one tez mogą się same wyleczyć? Wiarą? A może to rodziców należałoby obciążyć odpowiedzialnością? Nigdy. Byłoby to bardzo niesprawiedliwe i krzywdzące dla obecnego świadomego życia rodzica chorego dziecka. No i w takim razie dlaczego umierają wszelkiego rodzaju guru? Dlaczego chorują? Jeszcze raz zaznaczam: chodzi mi o odpowiedzialność. A ta łączy się jedynie ze świadomym życiem. Nie można jej przejąć za swoje choroby w całości. Można natomiast przejąć odpowiedzialność za to jak się w tej chorobie zachowujemy. Pozdrawiam

  2. A sie teraz zastanawiam jak to sie ma w wiare w nieograniczone mozliwosci psychyki ludzkiej o czym byla mowa chyba w lutym czy w takim razie mysli moga uzdrowic ?? Mnie choroba wlasnie tydzien temu powalila z nog ..doslownie. Nie czuje sie winna.Chce mi sie plakac.Chyba najbardziej na dzien dzisiejszy przmawia do mnie podejscie ze choroba ma intencje.Nie sadze ze za wszytko jestesmy odpowiedzialni. Uwazam ze jest jeszcze jakis wiekszy plan Boga. Kiedys gdzies przeczytalam ze my planujemy, pragniemy ale to Bog koryguje i ma nieograniczone mozliwosci interwencji…Ale kto tak naprawde wie jak jest naprawde…Pozdrawiam.

  3. Wspaniłay wpis, jak bardzo korelujacy z tym co wiem o życiu i zdrowiu. Przytoczę, historię z życia wziętą, być może ,źle przeze mnie interpretowną, ale cierpie dotychczas, że w jakis sposób byłam w nia wplątana.

    Pani, zajmujaca sie psychologią( nie psycholog z wykształcenia w sensie stricte)- praktykujaca i świetna w tym co robiła, po kilku ustawieniach metoda Hallingera, postanawia obarczyć odpowiedzilnościa za swoją chorobę- immunologiczna , swojego męża. Rozwodzi sie z nim, w zgodzie, on kupuje jej mieszkanie, zajmuje sie dorosłymi synami. Ona rozwija swoja praktykę, nie chce podjąć leczenia sterydami, bo po nich się tyje. Leczy się u ” cudotwórcóew”, bo oni badaja ja od stóp do głów, a lekarz to „tyko ogląda wyniki badań laboratoryjnych”. Bo, fakt, faktem, wg.aktualniej wiedzy medycznej, to wyniki badań świadczą o postępowaniu jej choroby- to pewne. Znam wielu pacjentów, którzy co prawda na sterydoterapii, są nieco okraglejsi, ale żyją po 20 i wiecej lat od momentu rozpoznania choroby.Wychowują dzieci, uczestnicza w ich slubach, ciesza się wnukami( mówiąc o najprostrzych, a jednocześnie najmilszych aspektach życia,, które moga sie zdarzyc przez kolejne darowane lata )
    Pani o której mówie, wspaniały, ciepły, mądry człowiek- umiera po dwuch latach, nie podejmujac leczenia farmakoogicznego!!!- i nie tyjąc, oczywiście.

    I taraz, sie napewno, nie dziwi Pani, ze tak czasem krytycznie podchodze do , przedziwnej, czasem, mentalnosci psychologów, i ludzi w o ogóle.

    Wspominam tę historię i tego Człowieka, bo troszeczke czuje sie winna tej śmierci. Nie miałm siły, odwagi, determinacji ingerować wżycie kogoś tak przekonanego o swojej racji, ciagąć” za uszy”, przekonywać, namawiać do swoich, medycznych doświadczeń i wiedzy. Nie posiadałam przecież Jej wiedzy- a miałam szcunek i świadomość że Ona przecież nie jest ” głupia”! Wydawalo mi sie ze nie mam prawa narzucać jej swojego zdania i namawiać do postepowania wg. moich przekonań, osobistych, zyciowych w końcu merytorycznych. W końcu, wdaje się książi, że medytacja można pokonac raka. W końcu moja wiedza jest ograniczona.No i jest wonośc – każdy ma prawo do swoich decyzji.

    Cel tego wpisu- konkretny przykład do Pani wpisu, z którego treścią w pełni się zgadzam. G

  4. Pani Grażynko uważam, że nie mamy odpowiedzialności pełnej za swoją chorobę (na poziomie świadomości) ale mamy odpowiedzialność za to, jak się w tej chorobie zachowujemy. Każdy ma prawo leczyć się tak, jak uważa. Ta Pani również. Pani kocha życie i czuje, że ma w nim wiele do zrobienia, ja również. Żyjemy. I jak trzeba byłoby wziąć sterydy, może byśmy wzięły (ja już raz odmówiłam, ale chodziło jedynie o ból. Wybrałam ból). Ona być może, na poziomie duchowym na przykład, uznała, że już wszystko zrobiła. Dobrze, że nie ingerowała Pani zbyt ostro, proszę w żadnym wypadku nie czuć się winna. Nie możemy przyjąć całkowitej odpowiedzialności za własne choroby, a cóż dopiero zachowanie innych? No i o ile nie jest naszą całkowitą odpowiedzialnością przyczyna choroby, to już leczenie – tak. Odpowiedzialność to nie znaczy „przymus”. I tutaj człowiek ma wybór. Ta Pani wybrała… Proszę Jej wybaczyć. I nie obciążać siebie. Bardzo dziękuję za ten wpis. Słyszy się w nim żal. Warto z niego się oczyścić.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here