Proaktywność w działaniu 8

6

Człowiek, wcześniej czy później, odkryje,
że jest panem, ogrodnikiem swoje duszy
– dyrektorem swojego życia

James Allen

To kwestia dyscypliny – powiedział mi później Mały Książę
Każdego ranka kiedy już się umyjesz i ubierzesz,
musisz zająć się swoja planetą

Antoine de Saint-Exupéry w Małym Księciu

 

 

To nie pomyłka. Wczoraj był tekst o proaktywnym podejściu do słowa, czyli tak naprawdę szósty tekst na temat proaktywności. Dziś o granicach odpowiedzialności.

 

Jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Nie ma co do tego wątpliwości. Już jako dzieci dokonujemy  pewnych wyborów, które mogą wpłynąć na nasze życie. Na przykład bardziej lub mniej przykładamy się do nauki, wybieramy sobie różnych przyjaciół. Jednakże wtedy nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakie to może być ważne dla naszej przyszłości, a nawet z tego, że mamy wybór. Mnóstwo rzeczy robimy z przekonaniem, że musimy, że ktoś od nas tego wymaga, ba, że zmusza… I czasami zmusza.
Takie jest prawo indywidualnego rozwoju, wzrastania – w dzieciństwie można nie wiedzieć, że to, co się robi, zaowocuje określonymi konsekwencjami w przyszłości.  To raczej rodzice myślą o dzieciach w taki sposób: posyłają do szkoły, na dodatkowe zajęcia rozwijające i… pilnują żeby dzieci dokonywały dobrych wyborów.
Tak, dzieci mają jeszcze prawo nie wiedzieć co to naprawdę znaczy odpowiedzialność. I nie ulega też wątpliwości, że w tym okresie to od rodziców w znacznym stopniu zależy  ich zachowanie.

 

To rodzice powinni być pierwszymi nauczycielami pro aktywnych zachowań,
to oni winni wskazywać dzieciom zawiązek ich zachowań z otrzymywanymi rezultatami.

Wychowanie to w znacznym stopniu nauka przejmowania odpowiedzialności za życie. To pokazywanie jak pracują naturalne prawa życia. Jedną z ważnych lekcji jest ukazywanie związku pomiędzy wyborami zachowań a efektami.

 

W tym sensie karanie dzieci – fizyczne czy też takie, które nie ma związku z ich wyborami zachowań nie ma sensu. Jeśli dziecko cokolwiek zrobi nie tak dostaje manto, albo… nie może oglądać telewizji lub korzystać z komputera, to jedyne informacje jakie kodują się w jego podświadomości to… pewne zachowania powodują złość rodziców i mój ból fizyczny  oraz – pośredni – telewizor i komputer to bardzo pożądane rzeczy, skoro zabierają mi to po to, by mnie ukarać.
Dalej nie rozumieją związku ich zachowań z konsekwencjami.

 

Dlatego najlepiej uczyć dzieci poprzez pozwolenie im
na przeżycie konsekwencji własnych działań,
oczywiście tam, gdzie to możliwe.

Jeśli dziecko nie odrobiło lekcji nie może być karane ot tak po prostu zakazem oglądania telewizji, można mu jednak powiedzieć, że telewizja to jest forma spędzania wolnego czasu. Czas wolny zaś to taki, kiedy wykonane zostały obowiązki związane z danym dniem. Skoro obowiązki dziecka wciąż czekają na swoją kolej, oczywistym jest, że telewizji oglądać nie może.
Tylko uwaga… większość dzieci sprawdzi czy nasze obowiązki zostały już wykonane… czy możemy sobie pozwolić na oglądanie…

 

Naturalnie wcześniej muszą być prowadzone rozmowy na temat obowiązku, zobowiązań oraz dawany wzór pokazujący co to znaczy traktować te rzeczy odpowiedzialnie.

 

Jednocześnie jednak dzieci muszą czuć, że mają w nas wsparcie, że nie są odpowiedzialne za wszystko, że my czuwamy nad ich życiem i rozwojem i że jesteśmy po to, by ich wspierać, chronić  czy ratować, gdy trzeba.
Dzieci nie są i nie mogą być traktowane jak partnerzy.
Popełniałam ten błąd w stosunku do starszej córki – traktowałam ja jak partnera, za dużo odpowiedzialności na nią kładłam, nawet za wiele mówiłam. Tak traktowane dzieci wyrastają na osoby bardzo samodzielne, owszem… Ale jakim kosztem?  Zabrania dzieciństwa i stopniowego rozwoju, przeciążenia emocjonalnego, nawet braku poczucia właściwej miłości.

 

Dzieci nie mogą mieć odpowiedzialności za wszystko,
co się wokół nich dzieje, a nawet co się z nimi dzieje …
One się dopiero tego uczą.

 

Po to mają odpowiedzialnych dorosłych, aby nad nimi czuwali.

 

 ZADANIE:

  • Dziś poproszę o refleksję na temat wdrażania dzieci do odpowiedzialności przez nas dorosłych.
  • Jeśli ktoś mam dzieci, to może dobry moment, aby potraktować tę sprawę z jeszcze większą atencją.

 

 

PODZIEL SIĘ

6 KOMENTARZE

  1. Ale się cieszę się że podjęła Pani ten temat w kontekście dzieci :)
    Właśnie staram się przełożyć starania które wkładam we własny rozwój, w dbanie o rozwój mojej córki. Ostatnio czytając Coveya znalazłam wspaniały przykład jak postąpił on ze swoim synem oddając mu odpowiedzialność za dbanie o trawnik. Pokazał jak w relacji z dziećmi nie być „kierownikiem” egzekwującym wykonanie obowiązków, tylko przekazać im odpowiedzialność za ich wykonywanie. Próbowałam zastosować podobne podejście odnośnie sprzątania pokoju mojej córki. Niestety z miernym skutkiem. Zastanawiam się na ile w takich sytuacjach powinniśmy pracować nad wyrobieniem nawyku u dzieci (mam na myśli 8 latkę), a na ile starać się im oddać odpowiedzialność. Podobnie jest z robieniem zadań domowych. Staram się zmieniać z „kierownika” który niestety czasami egzekwował wykonanie obowiązków krzykiem i karą. Jest mi jednak bardzo trudno uzyskać złoty środek. Gdy odpuściłam sprawdzanie czy wszystkie lekcje są odrobione i czy torba jest spakowana, rezultaty są niepokojące. Córka dostaje minusy za brak książek, zadań domowych, ale nie widzę u niej poprawy. Nadal jest beztroska i zapominalska. Ostatnio zgubiła podręczniki do angielskiego o zgrozo. Czy mogłaby Pani napisać więcej na ten temat? Może ktoś z Państwa ma sprawdzone metody?

  2. Jeszcze jedno pytanie, w sprawie zgubionych podręczników – czy w takim wypadku aby uczyć ją konsekwencji własnych działań powinna odkupić podręczniki z własnych oszczędności? Myślę że byłaby to dla niej wysoka kwota bo nie dostaje od nas kieszonkowego.

  3. Bycie rodzicem jest bardzo trudne: uczymy się tego sami bo nikt nas tego w dzieciństwie nie nauczył :) W dodatku uczymy się nie na własnych błędach – bo te błędy uderzą w nasze dzieci. Ale trzeba próbować i się starać.

    MI podobał się ten fragment:
    „Jednocześnie jednak dzieci muszą czuć, że mają w nas wsparcie, że nie są odpowiedzialne za wszystko, że my czuwamy nad ich życiem i rozwojem i że jesteśmy po to, by ich wspierać, chronić czy ratować, gdy trzeba.”

    z naciskiem na wspieranie.

    Mój błąd (jeden z wielu na pewno): łapię się na tym że oczekuję że moje dzieci myślą tak jak ja, jak dorosły człowiek. Że widzą jasno związek zachowanie-skutek. Że przewidują następstwa swoich zachowań, ich skutki.
    A one są małe (6 i 9lat) i nie są dorosłe. Dopiero się uczą przecież i nie mogą myśleć jak dorosły.

    pozdrowienia
    Artur

  4. Witam
    Problem polega na tym, że nikt nas nie uczył jak być dobrym rodzicem, jak postępować i jakie będą tego konsekwencje. Dla dziecka i dla nas też. Działamy na zasadzie intuicji, czy wzorców wyniesionych z domu. Albo odwrotnie: nie będę tak postępować jak było u mnie w domu. Dopiero jak są problemy zasięgamy porady u specjalisty.
    Każde dziecko jest inne i potrzebuje czego innego, zresztą na różnych etapach rozwoju.
    Moje dzieci miały dosyć dużo swobody, ale to nauczyło ich podejmowania decyzji i odpowiedzialności.
    Jestem z nimi w bardzo bliskich kontaktach i możemy rozmawiać o wszystkim. To bardzo ważne by wiedzieć, że ma się wsparcie, oni we mnie, ale też ja w nich.
    Dwie historie z życia moich dzieci.
    Córka w szkole średniej chodziła na lekcje angielskiego. Raz zamiast na lekcję poszła do kina. I jak to często bywa, dowiedziałam się.
    Poczekałam, i jak córka wybierała się na następną lekcję zapytałam, dokąd idzie. Odpowiedziała, że na lekcję.
    Zapytałam: a może do kina?
    I powiedziałam jej, żeby się zastanowiła, bo jeżeli nie chce chodzić na lekcje angielskiego to nie musi. Niech mi powie, nie będę płacić.
    A jeżeli chce iść do kina, to też wystarczy, że powie. Przecież jej tego nie zabraniałam. Decyzja należała do niej. Czuła się ważna. Wspomina to czasami.
    To taki dobry przykład.
    A teraz zły przykład.
    Miałam takie powiedzonko, miał to być żart.
    Mówiłam do syna, jak siedział taki jakby się martwił.
    „Synu czym się martwisz? Że nie mam pieniędzy? Nie martw się. Wystarczy, że ja się martwię”.
    Po latach dowiedziałam się od niego, że to sprawiało, że martwił się brakiem pieniędzy w domu. Choć nie było tak źle, pomimo jednej pensji.
    A teraz mam świadomość jak bardzo było to złe. Dla niego ale i dla mnie też. Poczucie braku.
    To ważne co się mówi do dzieci. Ważne też jak dzieci mogą rozumieć nasze słowa.
    I konsekwentne decyzje. Takie same dzisiaj i jutro, takie same wobec dzieci i wobec siebie.
    Pozdrawiam ciepło

  5. I jeszcze jedno.
    Dzieci nie rodzą się złe.
    Dzieci uczą się od nas. Uczą się mówić, zachowywać. Przyjmują pewne wartości, poglądy.
    Nasza odpowiedzialność polega na tym jak je traktujemy, czego dzieci uczymy.
    Małe dziewczynki chętnie zamiatają, czy pomagają piec ciasteczka. Mali chłopcy wbijają gwoździe, albo grzebią z ojcem w garażu.
    Trzeba to pielęgnować, robić razem różne rzeczy.
    I tu tkwi problem, że pracujemy, nie mamy czasu, bo tyle jest do zrobienia po pracy.
    Że do dziecka się mówi: idź, nie przeszkadzaj, zaraz, potem, nie ruszaj, zepsujesz.
    Nakazy, zakazy, a to przecież nasze kochane dzieci.
    Nie dajemy dzieciom możliwości wyboru, nie uczymy decydować.
    Pozdrawiam

  6. Ja jeszcze do wczorajszego wpisu – o tym trudnym dniu dobrego słowa. Pani Iwono, dziękuję za trzymanie kciuków.Przydały się. Nie wiem nawet jak określić to, co zaszło. Udało się… może nie tyle to, co chciałam „załatwić”, bo to może i nie, ale powiedziałam to, co miałam powiedzieć w sposób spokojny, z daniem możliwości drugiej stronie wyjścia z twarzą. Niestety, nie wykorzystała tego. Ale pewne słowa padły, które paść musiały i nie były one osądzające. Mówiły o faktach. A ja mimo wszystko mam nadzieję, że prawda nas wyzwoli. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here