Lubię listopad

11

          Listopad przychodzi
          I listopad odchodzi
          Z ostatnimi czerwonymi jagodami
          I pierwszym śniegiem
          (…)
          Ogień się pali
          Czajnik śpiewa
          Ziemia tonie w odpoczynku
          Aż do  wiosny.

Clyde Watson

 

Mimo, że sporo jest słońca, dni naprawdę ciepłe i nie ma deszczu zewsząd słyszę mało przyjemne wyznania na temat tego miesiąca. Ludzie wyznają, że go nie lubią i marzą o ucieczce w cieplejsze rejony naszego globu… albo i nie marzą, wyjeżdżają.

Nie chcę powtarzać tych wszystkich niemiłych słów pod adresem listopada. Całe szczęście, że to jedynie konstrukt teoretyczny, wymyślona przez ludzi nazwa miesiąca, która nie rozumie i nie ma serca. Oj przykro by mu było, gdyby rozumiał.

 

Nawet zastanawiałam się czy to ze mną jest coś nie tak, czy może inni odrobinę przesadzają, bo… ja lubię listopad. Lubię ten miesiąc, naprawdę.

 

Dla mnie listopad to miesiąc refleksji.

 

Trochę z powodu Świąt jakie w nim obchodzimy, Wszystkich Świętych, Święto Niepodległości Polski. W Kanadzie tego dnia obchodzi się – Dzień Pamięci, a ludzie chodzą już kilka dni wcześniej z makami wpiętymi w klapy płaszczy.

 

Pamiętamy. A to jest bardzo pozytywne.

 

Prawdę mówiąc moja pamięć szczególnie uaktywnia się właśnie w listopadzie. Przypominają mi się różne miłe chwile, odżywają wspomnienia i… jakoś dziwnie nie łączą się one z wakacjami, latem ale z jesienią, może nawet z listopadem.

 

Zróbmy sobie eksperyment: Proszę sobie przypomnieć jakieś najbardziej żywe momenty z dzieciństwa, coś co naprawdę Państwo silnie pamiętają, coś co ociepla serce, przywołuje najdroższe chwile. Jakieś klimaty, zapachy, nastroje…

Ja widzę rodzinny dom z kaflowym piecem, do którego można było się przytulać, zapach gotowanych ziemniaków, który czuło się już na klatce schodowej a potem ciepłą zupę serwowaną przez Babcię zaraz po wejściu do domu. Pamiętam popołudnia z książką i rozmowy przy okrągłym stole w naszym stołowym pokoju. Ubierz się ciepło, wzięłaś szalik… i jeszcze sprawdzanie czy na pewno wszystkie części ciała zostały ciepło opatulone – jakież to było kochane. Latem chyba nie doświadczało się tyle troski.

Nagle piło się więcej herbaty, często z sokiem, i jakoś więcej rozmawiało. Do Mamy przychodziły koleżanki, dom pełen był ludzi. Pamiętam właśnie  z tego okresu jak ważną rolę pełnił dom, miejsce w którym było ciepło i miło, a wiejący za oknami wiatr i coraz bardziej puste drzewa były rodzajem tła, na którym realizowało się domowe poczucie bezpieczeństwa.

 

A potem pamiętam jak ja sama pilnowałam moich córek, bo listopad, to jeszcze nie zima i tak naprawdę nie wiadomo jak się ubrać.  Pamiętam rozmowy na wielkiej kanapie, wspólne oglądanie wypożyczanych filmów czy słuchanie muzyki; widzę wieczory, kiedy w jednym pokoju każdy czytał swoją książkę. Pamiętam jak czytałam małej Weronice książeczkę o przemijaniu – historię listka.
Znowu to właśnie listopad kojarzy mi się z rodzinnym ciepłem. Tym bardziej, że kiedy mieszkaliśmy w Kanadzie, to zwykle w listopadzie przyjeżdżali do na goście… bilety były wtedy najtańsze, ale też może podświadomie rodziny ciągnęły do siebie.

 

Dziś także celebruję listopad. Bardzo dbam o to by ciepło otulić moje ciało. Herbatki z miodem albo inne rozgrzewające napoje, zioła na noc. Cieplutka kamizelka i kocyk, którym można się przykryć oglądając ładny film. Świeczki palące się w domu już o zmierzchu, na granicy jasności i ciemności. Ciepła zupa. I pamięć o tych dawnych dniach, a także często przeżywane refleksje, zauważanie pewnych spraw czy zjawisk, które w innej porze jakoś nie przychodzą na myśl.  To wszystko niesie listopad.

I książki. Czy nie sądzą Państwo, że w listopadzie jest więcej czasu na czytanie?

 

Tak, to prawda, że myślę w listopadzie częściej o własnym przemijaniu. Zbliża się wszak jesień mojego życia. Jednak jest to myślenie akceptujące ten stan, ciepłe i pełne wdzięczności za to wszystko, co było mi dane i to czego wciąż doświadczam. Znowu tak bardzo cenię fakt, że mam miłe mieszkanie, do którego teraz bardziej niż w czerwcu chcę wracać. I tak mi dobrze, kiedy z zimnego wieczoru wchodzę w ciepło domu.

Ale w tym zimnym wieczorze też jest listopadowa magia: wyjątkowe powietrze, jakaś nostalgia, coś z dawnych lat, czego nie będzie już kiedy przyjdą mrozy. Brak liści odkrywa też czasem piękno domów, które wcześniej ukryte były w zieleni. Tak, lubię listopad.

 

Myślę też, że sporo się zmienia, kiedy przestajemy się koncentrować na tym, co nieprzyjemne, a zaczynamy wyciągać z rzeczywistości to, co miłe. Pewnie inaczej traktowalibyśmy ten miesiąc, gdybyśmy nie powtarzali, że go nie lubimy… i tak dalej.

Proponuję zatem polubić listopad, znajdować w nim czas na czytanie, na rozmowy przy świecach, na wspominanie i na marzenia.

Dobrych kolejnych listopadowych dni.

 

 

PODZIEL SIĘ

11 KOMENTARZE

  1. Uważam,że jakiekolwiek narzekanie na daną porę roku, na miesiąc czy aurę to strata czasu. Nie mamy na to wpływu. Lepiej przyjmowac ze spokojem co nam czas dostarcza i widziec tylko dobre tego strony. I dostosowac się, korzystac, a wręcz cieszyc, że dane nam jest przeżyc jeszcze jeden listopad, jeszcze jedną jesień, jeszcze jeden deszcz, a wkrotce śnieg:)

  2. Przepiekna refleksja, i jak balsam na moja dusze bo wlasnie wrocilam z Polski po urlopie i tkwie w takim przejsciowym stanie , znow zawieszona pomioedzy dwoma kontynentami. Obchodzimy tutaj Swieto Dziekczynienia wiec u nas tez czas refleksi i wdziecznosci.

  3. A ja lubię listopad, bo lubię swój czas. I nie chcę go poganiać. Bo jak już go pogonimy, to co nam zostanie? a ja nie chcę przegapiać czasu, swoich uczuć, też i jesiennego smutku. Bo czym byłaby radość bez smutku?
    Kiedyś najbardziej lubiłam zimę. Jest taka piękna, wyrazista, świetlista…. A teraz lubię wszystkie pory roku. A nawet współczuję ludziom, którzy znają tylko lato. W tych krajach, do których jeździmy po słońce, jest fajnie przez chwilę. A tak naprawdę – nuda. Jedynie to, czego nie lubię nadal w Polsce, to rozmrażający się śnieg. Ale dzięki temu przychodzi wiosna :)

  4. Tak piekna refleksja.Ja lubie zmany por roku.Uwielbiam jesien i listopad.I tak jak pisze Pani Sabina zawsze dziekuje ze jest mi dane przezyc kolejna jesien, kolejny listopad i wszytko to co niesie ze soba ten czas.

  5. tez lubię listopad, lubię nostalgie Świętą Wszystkich Swietych, lubię piękne kolory liści, ciepły dom, kocyk, świece, książki :) i ostatni dzień listopada najbardziej, bo wtedy się urodziłam :)

  6. Pani Iwono, bardzo dziękuję za ten piękny refleksyjny teks, ja też bardzo lubię listopad i nie dalej jak wczoraj, wyglądając przez okno zastanawiałam się, czy tylko ja jestem zwolenniczką tego miesiąca, bo większość ludzi wokół mnie wprost mówią, że go nie cierpią. A tu proszę jest kilka osób które lubią listopad!!!:););)
    Tak jak Danusia mam urodziny ostatniego dnia listopada i jeszcze inne święta. Jak dla mnie listopad jest super!

  7. Przeczytałam Pani wpis kilka dni temu, od dawna lubię listopad, to taki czas wyciszenia, refleksji, wtedy „nic nie musze”, mam czas na przemyślenia, zastanowienie się nad życiem.
    Myślałam też o tym co Pani napisała przez kilka dni i w zasadzie byłam w szoku gdy uświadomiłam sobie, że najważniejsze sprawy w moim życiu zdarzyły się właśnie w listopadzie. To w tym miesiącu poznawałam ważnych w moim życiu mężczyzn i w listopadzie się z nimi rozstawałam (tak się tez stało kilka dni temu). Niesamowite!! Nadal, mimo wszystko będzie to jeden z moich ulubionych miesięcy w roku:))
    Jeszcze raz dziękuję, za Pani bloga, rzadko sie odzywam, jednak czytając Pani teksty i komentarze zaprzyjaźnionych osób czuję się jak u siebie w domu, wśród bliskich :)

  8. Dziś ostatni dzień listopada! Szkoda! Rzeczywiście większość ludzi narzeka…a my, w mojej rodzince lubimy ten miesiąc. Ja mam urodziny, mąż ma urodziny, mama imieniny, Andrzejowie imieniny…Więc cieszymy się, mamy mnóstwo gości, chodzimy na urodzinową kawę. A potem czytam, czytam, czytam…Od dziś postanowiłam mówić więcej i głośniej, że lubię listopad. Dziękuję Pani Iwonie za inspirację.

  9. Jak bardzo się cieszę, że w Polsce mamy 4 pory roku! Najbardziej lubię jesień zwłaszcza najpiękniejszy dla mnie miesiąc w roku – październik… Bardzo lubię też początek wiosny, przełom marca i kwietnia, i wcale nie przeszkadza mi obecna niejednokrotnie w tym czasie plucha. Ogólnie właśnie najbardziej podoba mi się ten czas w okolicach równonocy marcowej i wrześniowej, gdy zaczyna się jesień i wiosna. Wtedy dzień jest idealnej długości, bo nie jest zbyt długi jak w czerwcu i nie jest zbyt krótki jak w grudniu. Temperatury są umiarkowane (na początku jesieni oczywiście nieco wyższe niż na początku wiosny), a powietrze specyficznie leniwe. Cudowne jest to ciepło wczesnowiosennego słońca, gdy ziemia jeszcze oddaje swój wyraźny chłód po okresie zimowego zamrożenia oraz cudowne jest wczesnojesienne babie lato! A jakie piękne są kolory drzew w październiku! Podoba mi się też traktowany przez większość ludzi jako najsmutniejszy, najbardziej przygnębiający miesiąc listopad. Lubię te szarugi, mgły, mżawki a czasem też listopadowe słoneczko. Lubię te dywany z opadłych liści które fermentują na trawnikach i chodnikach. Ten miesiąc skłania do refleksji nad wiecznością, ma coś w sobie transcendentalnego :) Za latem nie przepadam ze względu na upały, których nie znoszę, choć z drugiej strony bardzo lubię obserwować burze, które właśnie w lipcu i w sierpniu są najczęstsze i najsilniejsze ;) Co do zimy, to sam urodziłem się w styczniu i bardzo lubię tę porę roku o ile jest ona prawdziwą zimą ze śniegiem i mrozem! Nie lubię gdy styczeń i luty są kontynuacją listopadowo-grudniowego przedzimia, co niestety jest w ostatnich latach coraz częstsze… O ile w listopadzie i pierwszej połowie grudnia tzw. szaruga mi nie przeszkadza, o tyle jej kontynuacja zimą jest już męcząca. Jeżeli zima jest prawdziwa, ze śniegiem, mrozem i dużą ilością słońca oraz sporadycznymi odwilżami, to dla mnie, człowieka zimnolubnego, jest to pora jak z bajki :) Co do atmosfery zimy to jest ona niepowtarzalna ze względu na Adwent, okres Świąt Bożego Narodzenia, Nowy Rok, moje urodziny na początku stycznia, karnawał, zaczynający się zazwyczaj w lutym Wielki Post, itd. Lubię te krótkie grudniowe dni i długie wieczory spędzane w domu, świeżość nowego roku w styczniu i zauważalne w lutym pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny, np. w postaci wyraźnie wydłużającego się dnia. Lubię też tą wietrzną, deszczową, odwilżową pogodę przedwiośnia na przełomie lutego i marca, gdy piękne szare chmury gonią po błękitnym niebie… Podsumowując, bardzo cieszę się, że Polska ma taki klimat i nie wyobrażam sobie życia w klimacie np. śródziemnomorskim, który przez większość ludzi uważany jest za wymarzony, gdyż jest on dla mnie po porostu zbyt nudny, a latem nieznośnie upalny…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here