Laurka dla mojej Córki

2

Weronika, moja młodsza Córka ma dziś imieniny. Pewno znowu przypomną jej o tym moje życzenia. W Kanadzie nie obchodzi się imienin. Już kilka dni myślę zatem o Weronice, a dzisiejszy dzień będzie poświęcony Jej w całości. Tak to jest, kiedy uczuć nie można wyrazić blisko i intensywnie – rozciągają się na długie godziny. Jeśli ktoś czytał moje książki, zwłaszcza „Wychowanie do szczęścia” i „Ku doskonałości” wie, że Weronika była dla mnie nie lada wyzwaniem – od pierwszych miesięcy życia wiedziała czego chce i nader rzadko było to to, czego chciałam ja. A potem? Nie przywiązywała specjalnej wagi do nauki szkolnej. Nie była obowiązkowa, nie lubiła robić niczego, co nie sprawiało jej przyjemności. I nie zależało jej na dobrych stopniach. Bardzo to przeżywałam, wszak było to całkowitym zaprzeczeniem mojej postawy i tego, co polska matka sądzi o „grzecznym dziecku”. Były spięcia, nieprzyjemne chwile i łzy. Jak dziś pamiętam pretensje o kiepskie świadectwa i takąż opinię nauczycieli. Rzadko kto mówił o niej, że jest zdolna. Zwykle byli to wybitni nauczyciele, którzy potrafili oddzielić zachowania dziecka od jego potencjału i… zainteresować uczniów przedmiotem. Szokiem dla całej kadry pedagogicznej był fakt, iż zdała najlepiej test sprawdzający kompetencje uczniowskie i inteligencję i została wytypowana do szkoły dla najzdolniejszych. Nie poszła, bo… nie chciała, a matka nie miała silniejszych argumentów niż ona. Bardzo dużo czytała. A ja wierzyłam, że to kiedyś zaowocuje. Zaowocowało, ale długo trzeba było czekać. W szkole średniej działała w teatrze, redagowała szkolne pismo i pisała do niego najlepsze teksty, jednakże dalej miała kiepskie stopnie, które nie dały jej szansy dostania się na wybrany przez nią uniwersytet. A na inny iść nie chciała. Rok pracy w barku kawowym, zmobilizował ją do poprawienia swoich ocen. Chodziła na wieczorowe kursy umożliwiające zdobycie kolejnych punktów. I żyła! Poznawała ludzi, miejsca… Interesowała się sztuką, teatrem, sportem i muzyką. I czytał, czytała, czytała… znacznie poważniejszą literaturę niż pozostali członkowie rodziny. Są książki, których do rąk nie brała (i nie bierze).„Nie warte mojego czasu” – mówiła o nich – i zaczytywała się Dostojewskim, Nietzshe czy Shopenhauerem. A ja spokojnie patrzyłam na rozwój mojego Dziecka. Rozumiałam już wtedy, że nie ma się gdzie śpieszyć, że życie to nie jest projekt na czas.
Weronika jeszcze w szkole średniej przebąkiwała, że chciałaby być prawnikiem. Obie z Magdą starałyśmy się wyperswadować jej to z głowy. Myślałam, że zachłysnęła się filmem „Ellen Brockovich” i nie wie czym jest ta praca. Tłumaczyłam, że być może będzie musiała iść na kompromis z wartościami, a tego bym nie chciała (ona też).
Po dwóch latach nadrabiania szkolnych ocen dostała się na wybrany uniwersytet i zaczęła studiować angielski i filozofię. I nagle moja mało ambitna Córeczka zaczęła mieć znakomite oceny. Jej sprawdziany czy prace domowe rzadko oceniano na niżej niż piątkę (A – ponad 80 %) a ona sama spędzała długie godziny na nauce. I robiła to z przyjemnością. Pracowała w uniwersyteckim piśmie, dostawała za to pieniądze. Mówiła, że będzie… dziennikarzem sportowym. A Magda twierdziła, że już teraz zna się na sporcie lepiej niż ktokolwiek jej znany. Nie było to moje marzenie, ale wtedy ufałam już bezgranicznie moim Córkom
I nagle zaczęła mówić znowu o prawie. Wróciła do swoich szkolnych marzeń. Ale dziś ma 24 lata i spore doświadczenie. Uczy się jeszcze więcej, mnóstwo czasu spędza nad książkami, a jej oceny często sięgają prawie 100% . Muszą być wysokie, żeby przyjął ją wybrany wydział prawa w Kanadzie. Wie już, co będzie robiła, czemu poświęci życie. A kilka miesięcy temu dostała kilkadziesiąt tysięcy dolarów stypendium, które pozwoli skończyć jej pierwszy etap studiów bez płacenia za nie własnymi pieniędzmi.

Wszystkiego najlepszego moja mądra Córeczko. Bądź szczęśliwa.

Zastanawiam się dzisiaj jak potoczyłyby się jej losy, gdyby chodziła do polskiej szkoły, gdyby przyszło jej żyć w naszym systemie edukacyjnym i naszym sposobie myślenia? Gdzie myśli się o tym, jakie wybrać przedszkole, żeby potem dziecko nadążyło za najlepszymi w „dobrej” szkole podstawowej i jakie gimnazjum, żeby dostało się do „dobrego” liceum. Czy nie załamałaby się nie zdając matury, ściągając pełne politowania spojrzenia i słysząc, że „straciła rok” . A ja? Czy miałaby czas rozwijać swoje pasje, gdyby musiała „nadążać” za programem po to, by w ogóle przejść do innej klasy?

Nie twierdzę, że kanadyjska szkoła jest znakomita, zastanawiam się jedynie czy polskie podejście do edukacji pozwala młodym ludziom rozwijać to, co w nich najlepsze, czy daje im szansę na spokojne dojrzewanie… Mam na to swoje odpowiedzi, ale dziś o tym pisać nie będę.
Myślę jednak, że warto byłoby stworzyć oddolny ruch złożony z nauczycieli, wychowawców, rodziców a także innych ludzi, którym bliski jest temat dobrej polskiej edukacji, który wspierałby młodzież w dążeniu do realizowania ich własnego, indywidualnego, unikatowego potencjału. 22 stycznia w Sopocie biorę udział w konferencji dla dyrektorów szkół.http://www.eid.edu.pl/. Poruszę ten temat i może uda nam się coś zacząć. Wszystkich, którym bliski jest temat edukacji i chcieliby się włączyć do pracy na rzecz jej doskonalenia zapraszam do współpracy.

P.S. Proszę Kochani, przysyłajcie Swoje cele na rok 2009

PODZIEL SIĘ

2 KOMENTARZE

  1. Witam
    Wczoraj miałam spotkanie z koleżanką, która poinformowała mnie o Pani blogu, za co jestem jej bardzo wdzięczna i nadrabiając zaległości zaczytuje się w Pani postach zaczynając od 2008. Stąd mój komentarz do artykułu ze stycznia 2009 roku. Doskonale rozumiem co Pani ma na myśli zastanawiając się „ jak potoczyłyby się jej losy, gdyby chodziła do polskiej szkoły, gdyby przyszło jej żyć w naszym systemie edukacyjnym i naszym sposobie myślenia”
    Jestem wychowanką jednej z trójmiejskich szkół i pomimo, że jestem w pełni wykształconą osobą, radzącą sobie w życiu zawodowym jak i prywatnym, to i tak mam ogromny żal do nauczycieli z podstawówki, którzy zblokowali we mnie te cechy, które według mnie, w świecie w jakim żyjemy, są bardzo istotne- pewność siebie, przebojowość, poczucie własniej wartości i nie mylę tutaj bycia bezczelną, zarozumiałą.
    Bardzo spodobał mi się zdanie z jednego z Pani postów, które pozwolę sobie przetoczyć:
    „Bardzo ładne, Mary. Ale wiesz, ja nigdy nie widziałam fioletowego drzewa.”
    – „Ooo, jaka pani biedna” – powiedziała dziewczynka, patrząc na panią z żalem.
    U mnie w szkole każda forma wychodzenia spoza ramy była krytykowana. Moja wychowawczyni nie doceniała w żaden sposób osób myślących poza schematami. Bywało bardzo często, że ignorowała nasze (bo było nas więcej) wypowiedzi, bo my właśnie malowałyśmy drzewa na fioletowo…
    Do dziś pamiętam, kiedy nasza wychowawczyni zapytała na jednych z zajęć, co byśmy chcieli robić jak dorośniemy, jedna z moich koleżanek zgłosiła się i powiedziała, że chciałaby zostać aktorką, na co Pani wychowawczyni wybuchła śmiechem i powiedziała, że najpierw to Ona musiałaby sobie zęby wyprostować …
    Moja Mama, bardzo dobre osoba, stara się zawsze tłumaczyć wszystkich, że nasi nauczyciele nie byli tak dobrze przygotowani do wykonywania zawodu, że kiedyś nie było tylu kursów, szkoleń, że nie mówiono tak dużo o psychologii jak teraz…może to wszystko prawda, ale ja wciąż uważam, że niezależnie od czasów, są ludzie stworzeni do bycia nauczycielami i tacy, którzy nigdy nimi nie powinni zostać.
    Mam nadzieje, że moje dzieci będą rysować „fioletowe drzewa” a nauczyciele razem ze mną, będą je wspierać w rozwoju swojego indywidualizmu.

    • Z całego serca życze Pani tego. :) A moja córka konczy studia magisterskie i dostała się na studia doktoranckie. :)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here