I co Państwo na to?

2

Zgłosiła się do mojej firmy sympatycznie brzmiąca kobieta z prośbą o wygłoszenie wykładu dla zawodowego stowarzyszenia kobiet, który miałby podpowiedzieć im jak w raczej męskim świecie ich specjalizacji zachować kobiecość i osiągać sukcesy zawodowe. Chętnie się zgodziłam, ponieważ wiem, jak istotna jest to sprawa i dla kobiet… i dla biznesu. Zajęcia miały się odbywać w Warszawie, organizacja jest niedochodowa, cel istotny, zatem zaproponowałam swoje honorarium w wysokości 600 złotych (po zapłaceniu podatku 392złote). Za wykład w Warszawie podmioty gospodarcze płacą mi znacznie więcej, a stawki niektórych mówców motywacyjnych, trenerów czy „nauczycieli sukcesu” za takie wykłady są dużo wyższe niż moje. Mnie samą wiedza tego rodzaju kosztowała najmniej – 199$, najwięcej – 3500$, a w Polsce za kilkugodzinne wykłady płacę przynajmniej 2000 złotych (fakt, z lunchem). Uznaję to za normalny koszt mojego rozwoju.
Nauka jest takim samym produktem, jak każdy inny, i ma swoją cenę.
A wracając do sprawy: umówiłyśmy się na określony termin, jednak moja respondentka powiedziała, że ich organizacja może liczyć jedynie na 500 złotych od sponsora. I co ja na to?
Zaproponowałam… wkład własny, składkę kilkunastu pań. I nie chodziło mi tu tyle o pieniądze, ile o wsparcie w wyrabianiu właściwej postawy i szacunku dla czyjejś pracy. Panie miały to przedyskutować na walnym zebraniu. Niemal widziałam oczami wyobraźni jak łatwo godzą się na partycypowanie w kosztach własnego rozwoju. Pewno przykro by mi było, że młode, zdrowe, pracujące kobiety uznają, iż nie warto zainwestować w moje szkolenie, gdyby nie fakt, że tak wielu docenia moją pracę i chętnie płaci za udział w prowadzonych przeze mnie zajęciach.
Dziś dostałam informację, że nie znalazły sponsora i zwrócą się do mnie ewentualnie w październiku.
No cóż? Październik to pracowity miesiąc dla trenera. Na pewno nie będę miała wtedy czasu na takie – raczej sympatią podyktowane – spotkania. Poza tym nie mam ochoty robić wykładów dla osób, które tak naprawdę tego nie cenią. Napisałam o tym mojej miłej Pani kontaktowej i dostałam następującą odpowiedź:
Bardzo dziękuję, przykro mi, że się nie zrozumiałyśmy. Na razie grupa działa wyłącznie dzięki dobrej woli wielu osób i świadomie rezygnujemy z usług osób, które chcą dzięki nam zarobić.
Abstrahując od faktu, że to raczej ja zrezygnowałam ze współpracy, podejście to wydaje się niezmiernie ciekawe: ktoś, kto dzieli się wiedzą z gronem tych zacnych Pań, za niewygórowane honorarium, zarabia na nich. Natomiast One mają prawo rozwijać się zawodowo i osobiście korzystając z mojego sponsoringu. Czyż to nie jest trochę przewrotne? Jedna osoba może sponsorować wiedzę kilkunastu zatrudnionych w różnych firmach osób, natomiast kilkanaście osób nie może zapłacić za pracę jednej osoby, która w ten sposób zarabia pieniądze na swoje życie i swój rozwój. Naprawdę zastanawiam się czym podyktowane jest takie myślenie. Przy tej okazji przypomniałam sobie, jak Organizatorka jednodniowego szkolenia dla rodziców i nauczycieli zatytułowanego „Wychowanie do szczęścia” opowiadała mi, iż niektórzy pytali: „A kto to sponsoruje?” „Każdy sobie – odpowiadała.”
Otóż to! Czy nie jesteśmy aby odpowiedzialni za swój rozwój, wzrastanie, karierę zawodową i ogólny dobrobyt? Nawet wtedy, kiedy to firma płaci za nasze szkolenie, powinniśmy to doceniać i szanować takich pracodawców, albowiem wiedza, którą dostajemy zostaje z nami i możemy z niej korzystać wszędzie. A kiedy podejmujemy indywidualną decyzję o potrzebie i chęci rozwoju, płacimy tym, którzy nam w tym pomagają. Dlaczego zatem niektórym przychodzi do głowy, że należałoby to robić w czynie społecznym.
Co Państwo na to?

PODZIEL SIĘ

2 KOMENTARZE

  1. Mnie też to dziwi. Myślę, że po części wynika z naszej polskiej mentalności – przecież jeśli zapłacę swoimi „ciężko” zarobionymi pieniędzmi to biorę odpowiedzialność za to, co dostaję. Pojawia się do tego pytanie: a jeśli z jakiegoś powodu nie wdrożę w życie tego, czego się dowiedziałam, to przecież stracę te pieniądze, więc lepiej już w ogóle nie podejmować ryzyka. Jak dostaję coś za darmo (np. dzięki sponsorom, czy w pracy na etacie) to jak z tego nie skorzystam – to według takiego myślenia – nic się złego nie stanie. Wolność bez odpowiedzialności – to, o czym pisała Pani w poprzednim artykule – „Nadzieja w edukacji”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here