Iwona Majewska-Opiełka

Dzień Dobrego Słowa – wrzesień 2016

Powiedz to dobrym słowem Uważaj na swoje słowa… stają się czynami

 

Frank Outlow

 

Gdyby nie przypomnienie Przyjaciela mogłabym dziś nie napisać tekstu. Nie pamiętałam o Dniu Dobrego Słowa. Po części dlatego, że przygotowuję się z zespołem ASDIMO do VI Dni Siły. Mogę jeszcze zapewnić, że słowa padające od Trenerów i Gości, którzy będą występować w piątek i sobotę będą dobre, pozytywne, wspierające i motywujące. Po części zaś dlatego, że u mnie każdy dzień jest Dniem Dobrego Słowa.

A dziś przypomnę może jak to się zaczęło, skąd idea Dnia Dobrego Słowa. Już ponad 6 lat codziennie piszę tekst… A dziś prawie bym nie napisała. Może to czas, aby zajęli się tym tematem inni.

 

Oto pierwszy tekst na ten temat z 13 maja 2010 roku:

Na co dzień w zasadzie nie przywiązujemy wagi do wypowiadanych słów. Dzieje się tak zwłaszcza, kiedy je wymawiamy, ale i wówczas, gdy je wypisujemy. Nie zastanawiamy się jak wpływają na nasze życie, albo tych, co ich słuchają. Nie myślimy o tym szczególnie w odniesieniu do pojedynczych słów, sądzimy bowiem, że nie są one tak istotne, jak całość, którą tworzą.

 

Traktujemy słowa jak narzędzie komunikacji – chcąc zwykle za ich pomocą wyrazić siebie, swoje emocje, poglądy, potrzeby. Myślimy, że mamy nad nimi pełną kontrolę. Najwyżej powiemy ich więcej… żeby lepiej wyjaśnić.
Sami znamy swoje intencje, wiemy co chcemy powiedzieć, zatem zazwyczaj każde słowo nam pasuje i każde wyraża posłusznie to, co nim wyrazić chcieliśmy. Nam! Ktoś inny odbiera te słowa przez pryzmat własnego temperamentu, zasobu słów, własnej wiedzy a nawet doświadczenia.

 

Dlatego jest tak ważne, by rozmawiając z drugim człowiekiem, używać takich słów, żeby go nie zranić, nie zniechęcić, nie obrazić.

 

Bardzo się o to staram, ale zdarza mi się, że za szybko coś powiem – bez namysłu – i robię komuś przykrość. Bliski najczęściej wierzy moim dobrym chęciom. Ale jeśli ma zły dzień, nawet najbliższy może nie chcieć doszukiwać się w złych słowach dobrych intencji.

 

Dlatego uważajmy Kochani na słowa.

 

Nie nazywajmy pochopnie ludzi, nie używajmy słów, których nie rozumiemy sami lub nie jesteśmy pewni czy zrozumieją je właściwie inni, nie nadużywajmy słów. Tak łatwo jest powiedzieć pod wpływem chwili kocham lub nienawidzę. Oba mogą zrobić krzywdę – pierwsze może rodzić niepotrzebne oczekiwania (gdy rzucane bez pokrycia), drugie – zabija nadzieję, rani głęboko, często coś nieodwołalnie kończy. Nawet chwaląc, trzeba starać się, by padały właściwe słowa.

 

Nie używaj ale tuż po pochwale! To małe słowo natychmiast zniszczy jej pozytywną moc.

 

Na słowa trzeba też uważać z innego względu – one programują podświadomość. Powodują, że spada nam lub podnosi się nastrój czy poziom energii, że łatwiej lub trudniej w coś wierzymy, że lepiej albo gorzej się czujemy, a nawet łatwiej albo trudniej nam się pracuje. Za sprawą słów możemy kogoś czy coś polubić lub znienawidzić, wystarczy że będziemy je wystarczająco często powtarzać lub… słyszeć. George Orwell powiedział:

 

Jeżeli myślenie degeneruje język, to język degeneruje myślenie.

 

I tak się dzieje. Nowomowa pełna nic nieznaczących słówek powoduje powierzchowność myślenia, prześlizgiwanie się po tematach bez wywoływania głębszej refleksji. Powoduje również często dystans emocjonalny do samego tematu, co jest czasami przydatne. Język pełen agresji, nienawiści zabija logikę i rodzi złe emocje, a także powoduje wybiórcze odbieranie informacji ze świata. Język pozytywny – pełen dobrych słów łączy ludzi z… mówiącym i wprowadza spokój i dobre emocje. On także wpływa na wybiorczość postrzegania sytuacji, ale wydaje się, że nie jest to tak groźne w skutkach jak w pierwszym przypadku, ponieważ przenosi koncentrację na lepszą stronę życia. Język wulgarny pozbawia wrażliwości i szlachetności, a w dzisiejszych czasach, kiedy jest dość powszechny, rodzi dodatkowo tuzinkowość i banał.

 

Kiedy mówimy o sobie dobre rzeczy, używamy ciepłych określeń i miłych słów – lubimy siebie bardziej, wzrasta nam samopoczucie oraz szacunek dla siebie. Gdy nazywamy siebie wulgarnymi czy pogardliwymi określeniami – dzieje się wprost przeciwnie. Dlaczego ktoś o własnej głowie mówi łeb?!

 

Kiedy o swojej pracy mówimy dobrze, chętniej do niej idziemy, lepiej nam się pracuje; gdy mówimy źle – potrzebujemy znacznie więcej wysiłku, by wykonywać obowiązki. W pierwszej sytuacji nasza podświadomość nas wspiera, wektory siły idą w tym samym kierunku; w drugim – przeciwnie – jakbyśmy sami ze sobą toczyli walkę. Tego się raczej nie czuje świadomie, ale – wierzcie mi – to osłabia. Podobnie rzecz ma się z naszą Ojczyzną i Rodakami. Nikomu, kto źle o mówi o Polsce i Jej Mieszkańcach nie będzie tu lepiej i łatwiej żyć. Używanie krytycznych, negatywnych określeń nie poprawi naszej sytuacji ani nie da nam szczęścia czy lepszego samopoczucia. Psychologia udowodniła wielokrotnie, że wyładowywanie negatywnych emocji takim samym językiem czy czynami rodzi kolejne negatywne emocje i nie daje odprężenia… na co liczą niektórzy. Natomiast dobrym słowem można uciszyć i złe czyny i złe emocje.
Dlatego mam propozycję:

 

Zróbmy 13 dzień każdego miesiąca DNIEM DOBREGO SŁOWA!

 

Z jednej strony zdejmiemy z tego biednego dnia niemiłą aurę, jaka towarzyszy – nie wiedzieć czemu – tej liczbie, z drugiej – będziemy mieli przynajmniej raz w miesiącu ćwiczenie w świadomym korzystaniu ze słów. To będzie również nauka proaktywności. Jeśli będziemy robić to naprawdę solidnie, szybko nauczymy się ważyć słowa. A warto, bo:

 

Uważaj na swoje myśli, stają się słowami…
Uważaj na swoje słowa, stają się czynami…
Uważaj na swoje czyny, stają się nawykami…
Uważaj na swoje nawyki, stają się charakterem…
Uważaj na swój charakter, on staje się Twoim losem.

 

To bardzo mądra rada Franka Outlaw.

 

Print Friendly

Dzień Dogrego Słowa – sierpień 2016

Przyszliśmy aby zostawić ślad

Papież Franciszek

papież

Pod koniec lipca w Polsce było dużo dobrych słów… całe piękne wypowiedzi przepojone miłością i dobrem. Papież Franciszek mówił do Młodzieży, do Dorosłych… do nas. Nawet jeśli gdzie pojawiło się słowo, którego zakres emocjonalny  nie jest dobry, otoczone było tyloma słowami miłości a sam wydźwięk był na tyle pozytywny, że znikała jego negatywna moc – słowo służyło dobru. Słuchając Franciszka miałam wrażenie, że do perfekcji opanował On pozytywny sposób komunikowania się z ludźmi. Tylko on pewno niczego nie opanowywał, tylko płynęło to z serca. Tak jest najlepiej. Jednak zanim nasze serce wypełni się całkowicie miłością, trzeba mu pomagać słowami, dobrymi słowami. To one są nośnikami ciepła, miłości, widocznego współodczuwania i radości.

Przeczytałam wypowiedzi Papieża i postanowiłam z tych kilkudziesięciu stron wybrać to, co moim zdaniem jest najważniejsze. To mój wybór i moja potrzeba. Być może Komuś będzie za mało, albo chciałby przeczytać inne fragmenty. Całość znajdziecie Kochani  pod tym adresem.

Pochylcie się nad tym tekstem. Poczujcie miłość i dobro i ponieście to dalej.

 

Tożsamość, wolna od manii wyższości, jest niezbędna

 

Wawel, Kraków 27 lipca 2016:

 

Cechą charakterystyczną narodu polskiego jest pamięć. (…) Świadomość tożsamości, wolna od manii wyższości, jest niezbędna dla organizowania wspólnoty narodowej na podstawie jej dziedzictwa humanistycznego, społecznego, politycznego, ekonomicznego i religijnego, aby inspirować społeczeństwo i kulturę, zachowując je wiernymi wobec tradycji, a jednocześnie otwartymi na odnowienie i na przyszłość. (…) Także owocna współpraca na płaszczyźnie międzynarodowej i wzajemny szacunek dojrzewają poprzez świadomość i poszanowanie tożsamości własnej oraz innych. Dialog nie jest możliwy jeśli każdy nie wychodzi od swojej tożsamości. W codziennym życiu każdej osoby, podobnie jak każdego społeczeństwa istnieją jednak dwa rodzaje pamięci: dobra i zła, pozytywna i negatywna. (…) Pamięcią negatywną jest (…) ta, która spojrzenie umysłu i serca obsesyjnie koncentruje na złu, zwłaszcza popełnionym przez innych. (…)

Świadomość przebytej drogi i radość z powodu osiągniętych celów dają siłę i spokój wewnętrzny, aby sprostać wyzwaniom chwili obecnej, wymagającym odwagi prawdy i stałego zaangażowania etycznego, aby procesy decyzyjne i operacyjne, a także relacje międzyludzkie, zawsze szanowały godność osoby. Obejmuje to każdy rodzaj działania: także gospodarkę, relacje ze środowiskiem i sposób zarządzania złożonymi zjawiskiem migracyjnym. Ta ostatnia kwestia wymaga dodatkowo mądrości i miłosierdzia, aby przezwyciężyć lęki i zrealizować największe dobro. Trzeba zidentyfikować przyczyny emigracji z Polski, ułatwiając powrót osobom, które chcą wrócić. Jednocześnie potrzebna jest gotowość przyjęcia ludzi uciekających od wojen i głodu; solidarność z osobami pozbawionymi swoich praw podstawowych, w tym do swobodnego i bezpiecznego wyznawania swojej wiary.

 

Postrzegać Ewangelię bardziej konsekwentnie

 

Jasna Góra, Częstochowa, 28 lipca:

 

 (…) Uderza przede wszystkim to, jak się dokonuje przyjście Boga w historii: „zrodzony z niewiasty”. Nie ma mowy o wejściu triumfalnym, jakiejkolwiek imponującej manifestacji Wszechmogącego: nie ukazuje się jako oślepiające słońce, ale przychodzi na świat w sposób najprostszy – jako dziecko zrodzone przez matkę (…) jak deszcz padający na ziemię (por. Iz 55,10), jako najmniejsze z nasion, które kiełkują i rosną (por. Mk 4, 31-32). Zatem wbrew temu , czego moglibyśmy się spodziewać, a może chcielibyśmy – zarówno wówczas, jak i dziś – „Królestwo Boże nie przychodzi dostrzegalnie” (por Łk 17, 20) ale przychodzi w małości , w pokorze. (…)

Pragnienie władzy, wielkości i sławy jest rzeczą tragicznie ludzką i jest wielką pokusą, która stara się wkraść wszędzie; dawać siebie innym, eliminując dystanse, pozostając w małości i konkretnie wypełniając codzienność – to subtelnie Boskie. (…)

Na niewiele się zda przejście miedzy dziejami przed i po Chrystusie, jeśli pozostanie jedynie datą w kronikach historii. Oby dokonało się dla wszystkich i każdego z osobna przejście wewnętrzne, Pascha serca ku stylowi Bożemu ucieleśnionemu przez Maryję: działać w małości i w bliskości towarzyszyć, z prostym i otwartym sercem.

 

Nie odrzucajcie ręcznika przed walką

 

Błonia, Kraków, 28 lipca 2016 roku:

 

To Jezus nas zwołał na ten trzydziesty pierwszy Światowy Dzień Młodzieży; to Jezus nam mówi: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.” Błogosławieni są ci, którzy potrafią przebaczać, którzy potrafią mieć współczujące serce, którzy potrafią dać innym to, co w nich najlepszego. Najlepszego, nie to, co im zbywa. Najlepsze. (…)

(…) nie ma nic piękniejszego niż podziwianie pragnień zaangażowania, pasji i energii, z jaką wielu młodych ludzi przeżywa swoje życie. To jest piękne. (…) To budujące – słyszeć jak dzielą się swoimi marzeniami, swoimi pytaniami oraz swoim pragnieniem, by przeciwstawiać się tym wszystkim, którzy mówią, że nic nie może się zmienić. To ci, których nazywam „milczkami”. Nic się nie może zmienić. Nie, młodzi mają moc, żeby się temu przeciwstawić. Niektórzy nie są tego pewni. (…)

 Pytam: Czy rzeczy można zmienić?

(…) napełnia mnie bólem, kiedy spotykam ludzi młodych, którzy zdają się być przedwczesnymi „emerytami”. To mnie martwi, sprawia mi ból. Młodzi, którym się wydaje, że przeszli na emeryturę w wieku 23,24 lat. To mi sprawia ból. Martwi mnie, kiedy widzę ludzi, którzy „odrzucili ręcznik” zanim rozpoczęli walkę. Którzy się poddali, kiedy jeszcze nawet nie rozpoczęli gry. Widzę młodych idących ze smutną twarzą, tak jak gdyby ich życie nie miało żadnej wartości. Są to ludzie młodzi zasadniczo znudzeni i nudni. Nudni, którzy zanudzają innych. To mi sprawia ból. (…)

Zastanawiające jest , gdy widzisz młodych, którzy tracą piękne lata swojego życia i swoje siły na uganianiu się za sprzedawcami fałszywych iluzji. (…)  
(…) Czego chcecie: wyobcowującego oszołomienia czy mocy łaski? (…)

 Jezus Chrystus jest tym który potrafi obdarzyć prawdziwą pasją życia, Jezus Chrystus jest tym, który prowadzi nas do tego, byśmy nie zadowalali się byle czym i dawali to, co w nas najlepsze; to Jezus Chrystus stawia nam  wyzwania, zachęca nas i pomaga nam powstać za każdym razem, kiedy uważamy siebie za przegranych. To Jezus Chrystus pobudza nas do podniesienia wzroku i do wzniosłych marzeń. Ojcze, ktoś może powiedzieć, to takie trudne: marzyć o podniosłych rzeczach. To takie trudne – wstępować w górę, zawsze iść pod górę. Pod prąd. (…) Ja się staram, wysilam, ale wiele razy upadam. Jeśli jesteś słaby, jeśli upadasz, to popatrz trochę do góry, a tam jest ręka Jezusa, gotowa, która ci powie „powstań, chodź”. A jeśli jeszcze raz to zrobię? To samo. A jeśli jeszcze raz? To samo. A Piotr kiedyś pytał Pana ”Panie, ile razy mam  przebaczać?” „77 razy, czyli zawsze.” Ręka Jezusa zawsze jest gotowa, by nas podnosić, kiedy upadamy. Czy o rozumiecie? (…)

 Wiele zajęć sprawia, ze jesteśmy jak Marta (IMO: z domu Łazarza): aktywni, rozproszeni, zawsze w biegu tu i tam, ale często jesteśmy też jak Maria: w obliczu pięknego krajobrazu lub filmiku, jaki posłał nam na komórkę  przyjaciel, zatrzymujemy się, by pomyśleć, by wsłuchać się. (…) Jezus chce wejść do naszego domu, do twego domu, do mojego domu. Do serca każdego z nas. Jezus chce wejść i widzieć nasze niepokoje, nasze bieganie, nasze wyścigi , jak Marta, i będzie czekał, aż wysłuchamy go jak Maria, aż pośród wszystkiego, co trzeba wykonać, będziemy mieli odwagę, żeby się jemu powierzyć (…)

A ja w Jego imieniu pytam: Czy chcecie życia pełnego? Zacznij od tego, byś pozwolił się wzruszyć. (…)

(…) Panie zaangażuj nas wszystkich w przygodę miłosierdzia. Zaangażuj nas w przygodę budowania mostów i burzenia murów, tak płotów jak i zasieków. Zaangażuj nas w przygodę spieszenia z pomocą ubogiemu, temu, kto czuje się samotny i opuszczony, kto już nie odnajduje sensu swego życia. Naucz nas towarzyszyć tym, którzy Cię nie znają i mówić im , powoli, z wielkim szacunkiem powtarzać Twoje imię, byś umacniał nasza wiarę. Naucz nas jak Marię z Betanii słuchania tych, których nie rozumiemy, tych, którzy pochodzą z innych kultur, innych narodów, a także tych, których się boimy, sadząc, że mogą nam wyrządzić zło
(…) spraw żebyśmy to spojrzenie skierowali ku naszym seniorom – ludziom w podeszłym wieku, dziadkom, aby nauczyć się ich mądrości.

Pytam was: rozmawiacie z waszymi dziadkami? Poszukajcie waszych dziadków. Oni maja mądrość życia, oni wam powiedzą rzeczy, które porusza wasze serca.

 

Stawką jest nasza wiarygodność

 

Błonia, Kraków, 29 lipca 2016r.

 

„Byłem głodny, a daliście mi jeść. Byłem spragniony, a daliście mi pić. Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie. Byłem nagi, a przyodzialiście mnie. Byłem chory, a odwiedziliście mnie. Byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie. (Mt 25, 35-36) (…)

(…) Istnieją takie pytania, na które nie ma żadnych ludzkich odpowiedzi. Możemy tylko spojrzeć na Jezusa i jego pytać. A odpowiedź Jezusa jest następująca: „Bóg jest w nich”, Jezus jest w nich, cierpi w nich, głęboko utożsamiony  każdym z nich. Jest on tak zjednoczony z nimi, że tworzy niemal „jedno ciało”
(…) bez miłosierdzia ja, ty, my wszyscy nie możemy nic uczynić. Spójrzmy najpierw na siedem uczynków miłosierdzia co do ciała: głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w domu przyjąć, więźniów pocieszać, chorych nawiedzać, grzebać zmarłych. Darmo otrzymaliśmy, darmo dawajmy. (…)

Za uczynkami miłosierdzia co do ciała idą uczynki miłosierdzia co do duszy: wątpiącym dobrze radzić, nieumiejętnych pouczać, grzeszących upominać, strapionych pocieszać, urazy chętnie darować, krzywdy cierpliwie znosić, modlić się za żywych i umarłych. W przyjęciu osoby usuniętej na margines, która została zraniona na ciele i w przyjęciu grzesznika zranionego na duszy, stawką jest nasza wiarygodność jako chrześcijan.  Nie w ideach…

 

Bądźcie żyjącymi pisarzami ewangelii

 

Sanktuarium Św. Jana Pawła II, Kraków 30 lipca 2016

 

Jednak w naszym życiu kapłanów i osób konsekrowanych często może pojawić się pokusa, by ze strachu lub wygody pozostać trochę zamkniętym w nas samych i w naszych środowiskach. Jezus jednak wskazuje drogę tylko w jednym kierunku: wyjść z naszych ograniczeń. To podróż bez biletu powrotnego. (…) Jezus nie lubi dróg przemierzanych połowicznie, przymkniętych drzwi, podwójnego życia. Wymaga, by wyruszyć w drogę bez obciążeń, wyjść rezygnując ze swoich zabezpieczeń, mocni jedynie w Nim.

(…) Jezus poszukuje serc otwartych i delikatnych – w żadnym wypadku surowych. (…)

Wierny uczeń dokonuje czujnego i nieustannego rozeznania, wiedząc, że serce trzeba wychowywać każdego dnia, począwszy od uczuć, aby uniknąć wszelkiej dwulicowości w postawach i w życiu.

Można powiedzieć, że Ewangelia – żywa księga Bożego miłosierdzia, którą trzeba nieustannie czytać i odczytywać na nowo, ma wciąż na końcu białe karty: pozostaje księgą otwartą, do której pisania jesteśmy powołani – tym samym stylem, to znaczy wypełniając dzieła miłosierdzia.

Pytam was: jak wyglądają karty księgi każdego z was? Czy są codziennie zapisywane? Czy są trochę zapisywane a trochę nie? Czy może są puste?

 

Przyszliśmy aby zostawić ślad

Brzegi, 30 lipca 2016

 

Istnieją sytuacje, które mogą nam się wydawać odległe aż do chwili, kiedy w jakiś sposób ich nie dotkniemy. Istnieją rzeczywistości, których nie rozumiemy, ponieważ widzimy je tylko przez jakiś ekran telefonu komórkowego lub komputera. Ale kiedy nawiązujemy kontakt z życiem, z tymi konkretnymi istnieniami, które nie są już zapośredniczone przez ekrany, wówczas dzieje się coś mocnego, odczuwamy zaproszenie do zaangażowania. (…)

 Nie chcemy pokonać nienawiści większą nienawiścią, przemocy większą przemocą, pokonać terroru większym terrorem. A nasza odpowiedź na ten świat w stanie wojny ma imię: nazywa się przyjaźnią, nazywa się braterstwem, nazywa się komunią, nazywa się rodziną.

 (…) a kiedy strach ukrywa się w zamknięciu, to zawsze idzie w parze ze swoim „bliźniakiem”, paraliżem; poczuciem , że jest się sparaliżowanym. Jednym z najgorszych nieszczęść, jakie mogą się przydarzyć w życiu, jest poczucie, że w tym świecie, w naszych miastach, w naszych wspólnotach nie ma już przestrzeni, by wzrastać, marzyć, tworzyć, aby dostrzegać perspektywy, a ostatecznie żeby żyć. (…)

Ale jest też w życiu inny, jeszcze bardziej niebezpieczny paraliż, często trudny do rozpoznania, którego uznanie sporo nas kosztuje. Lubię nazywać go paraliżem rodzącym się wówczas gdy mylimy SZCZĘŚCIE z KANAPĄ! Sądzimy, że abyśmy byli szczęśliwi, potrzebujemy dobrej kanapy. Kanapy, która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie. Kanapa – jak te, które są teraz, nowoczesne, łącznie z masażami usypiającymi – które gwarantują godziny spokoju, żeby nas przenieść w świat gier wideo i spędzania wielu godzin przed komputerem. Kanapa na wszelkie typy bólu i strachu. Kanapa sprawiająca, że zostajemy zamknięci w domu, nie trudząc się i ani też nie martwiąc. Kanapaszczęście jest prawdopodobnie cichym paraliżem, który może nas zniszczyć najbardziej; bo po trochu, nie zdając sobie z tego sprawy stajemy się ospali, osłupiali, otumanieni, podczas gdy inni – może bardziej żywi – ale nie lepsi decydują o naszej przyszłości.

Z pewnością dla wielu łatwiej i korzystniej jest mieć młodych ludzi ogłupiałych mylących szczęście z kanapą (…)

Prawda jednak jest inna: kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, a by „wegetować”, aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad. To bardzo smutne, kiedy przechodzimy przez życie nie pozostawiając śladu. A gdy wybieramy wygodę, myląc szczęście z konsumpcją, wówczas cena, którą płacimy jest bardzo i to bardzo wysoka: tracimy wolność.

Właśnie tutaj mamy do czynienia z wielkim paraliżem, kiedy zaczynamy myśleć, że szczęście jest synonimem wygody, (…)

Przyjaciele. Jezus jest Panem ryzyka, tego wychodzenia zawsze „poza”. (…)

 Możecie mi powiedzieć: Ojcze ale to nie jest dla wszystkich , to tylko  dla wybranych! Tak, a ci wybrani to ci wszyscy, którzy są gotowi dzielić swoje życie z innymi. (…)

Bóg czegoś od ciebie oczekuje. Bóg czegoś od Ciebie chce, Bóg czeka na Ciebie. Bóg przychodzi, aby złamać nasze zamknięcia, przychodzi aby otworzyć wszystko, co ciebie zamyka. Zaprasza cię, abyś marzył, chce ci pokazać, że świat, w którym jesteś, może być inny. Tak to jest: jeśli nie dasz z siebie tego, co w tobie najlepsze, świat nie będzie inny.

Czas,  w którym żyjemy nie potrzebuje młodych kanapowych, ale młodych ludzi w butach, najlepiej w butach wyczynowych.
 

 

Nie zniechęcajcie się, głoście nadzieję z uśmiechem!

 

Brzegi, 31 lipca 2016

 

Zacheusz nie mógł zobaczyć Mistrza, ponieważ był niski. Także i dzisiaj może nam grozić, że będziemy stali z daleka od Jezusa, bo wydaje nam się, że nie dorastamy, bo mamy niską opinię o sobie. Jest to wielka pokusa, która dotyczy nie tylko samooceny ale dotyka również wiary. Wiara mówi nam bowiem, że jesteśmy „dziećmi Bożymi; i rzeczywiście nimi jesteśmy” (J1 3,1): zostaliśmy stworzeni na Jego obraz: Jezus nasze człowieczeństwo uczynił swoim a Jego serce nigdy nie oddzieli się od nas; Duch Święty chce w nas mieszkać; jesteśmy powołani do wiecznej radości z Bogiem! To jest nasza „postura”, to jest nasza duchowa tożsamość: jesteśmy umiłowanymi dziećmi Bożymi – zawsze nimi jesteśmy.

Rozumiecie zatem, że brak akceptowania samych siebie, życie w niezadowoleniu i myśleniu w sposób negatywny oznacza brak uznania naszej najprawdziwszej tożsamości: to jakby odwrócić się w inną stronę, kiedy Bóg chce, by na mnie spoczęło jego spojrzenie, i to jakby chcieć zgasić marzenie, jakie Bóg żywi wobec mnie. Bóg nas miłuje takimi, jakimi jesteśmy, i żaden grzech, wada czy błąd nie sprawi, by zmienił swoje zdanie.

Dla Jezusa – pokazuje to Ewangelia – nikt nie jest gorszy i daleki, nie ma człowieka bez znaczenia, ale wszyscy jesteśmy umiłowani i ważni: ty jesteś ważny! A Bóg liczy na ciebie z powodu tego, kim jesteś, a nie z powodu tego, co masz: w Jego oczach nic nie znaczy, jak jesteś ubrany, czy jakiego używasz telefonu komórkowego; dla Niego nie jest ważne, czy podążasz za modą – liczysz się ty. W jego oczach jesteś wartościowy, a twoja wartość jest bezcenna. (…)

Ale przywiązywanie się do smutku nie jest godne naszej postury duchowej! Jest to w rzeczywistości jakiś wirus, który zaraża i blokuje wszystko, który zamyka wszelkie drzwi, który uniemożliwia rozpoczęcie życia na nowo, ponowny start. (…)

 Warto abyśmy co rana mówili w modlitwie: „Panie dziękuję Ci, że mnie kochasz; spraw bym zakochał się w moim życiu!”  (…)

 Zacheusz miał druga przeszkodę na drodze do spotkania z Jezusem: paraliżujący wstyd. (…) Jak mówi Ewangelia Zacheusz – „pobiegł naprzód”, „wspiął się”,  a potem, kiedy wezwał go Jezus „zszedł z pośpiechem” (ww.4.6) Zaryzykował i zaangażował się. Również dla nas jest to tajemnica radości: nie gasić pięknej ciekawości, ale angażować się, aby życie nie było zamknięte w szufladzie. (…)

 Po niskiej posturze i paraliżującym wstydzie, jest też trzecia przeszkoda, której Zacheusz musiał stawić czoło, ale już nie w sobie, lecz wokół siebie. To szemrzący tłum, który najpierw go blokował, a później  krytykował: Jezus nie powinien wchodzić do jego domu, do domu grzesznika! (…)

 Mogą się z was śmiać, bo wierzycie w łagodna i pokorną moc miłosierdzia. Nie bójcie się, ale pomyślcie o słowach tych dni: Błogosławienie miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią (Mt 5,7) Mogą was osądzać, że jesteście marzycielami, bo wierzycie w nową ludzkość, która nie godzi się na nienawiść między narodami, nie postrzega granic krajów jako przeszkody i zachowuje swoje tradycje bez egoizmu i resentymentów. Nie zniechęcajcie się: z waszym uśmiechem i otwartymi ramionami głosicie nadzieję i jesteście błogosławieństwem dla jednej rodziny ludzkiej, którą tutaj tak dobrze reprezentujecie! (…)

Nie zatrzymujcie się na powierzchni rzeczy i nie ufajcie światowym liturgiom pozorów, „makijaży” duszy, aby wydawać się lepszymi. Natomiast dobrze zainstalujcie połączenie bardziej stabilne, serce, które, niestrudzenie widzi i przekazuje dobro. I tę radość, którą darmo otrzymaliście od Boga, darmo dawajcie (por Mt 10, 8), bo wielu na nią czeka.  (…)

Zaufajcie pamięci Boga. Jego pamięć nie jest „twardym dyskiem”, który rejestruje i zapisuje wszystkie nasze dane, ale czułym współczującym sercem, które cieszy się trwale usuwając wszelkie nasze ślady zła.

Spróbujmy teraz także i my naśladować wierna pamięć Boga i strzec dobra, które otrzymaliśmy w tych dniach. (…)

 

 

 

 

Print Friendly

Dzień Dobrego Słowa – lipiec 2016

Przytul_słowemNigdy nie lekceważ mocy słów.
One poruszają serce, a to serce porusza ciało

Hamza Yusuf

 

Znowu Dzień Dobrego Słowa, a ja – jak zwykle 13. dnia każdego miesiąca – staram się słowami przybliżyć jego ideę. Jest podobna do tej, która towarzyszyła powoływaniu innych, a jednak łatwiej niektórym zrozumieć dlaczego jest Dzień Matki, dzień pamięci o takich lub innych wydarzeniach, a nawet Dzień Kota niż  Dzień słowa… i to jeszcze dobrego. Czasem pytają mnie wprost, chyba nieco retorycznie: Czy tak nie powinno być codziennie? Zgoda, codziennie powinno się używać jak najczęściej dobrych słów i jak najrzadziej, najlepiej wcale, tych niedobrych. Codziennie też powinno się zdawać sobie sprawę z tego, że ojciec jest ważną postacią w naszym życiu i dawać mu tego dowody, a o pewnych wydarzeniach czy ludzkich dokonaniach, zwłaszcza tych, o których mówi historia, pamiętać. Myślę, że jeśli ma się kota, to trzeba o niego dbać i lubić go, doceniać co wnosi w nasze życie… i nie raz na rok ale codziennie. Zatem równie dobrze można zapytać o sens istnienia innych dni.

Takie dni są po to, aby uświadomić sobie silniej niż zwykle pewne wartości, potrzeby czy zjawiska. Czasami niektórzy uświadamiają sobie przy tej okazji coś po raz pierwszy. Dziecko celebrując Dzień Ojca, dowiaduje się, że  tata zasługuje na podziękowanie, na specjalną uwagę, że bycie tatą to coś istotnego i ważnego, a posiadania taty to radość.  I tak jest ze słowami, z ich programującą naszą podświadomość rolą – co miesiąc uświadamiamy sobie ich wagę i zawsze znajdzie się ktoś, kto usłyszy o czymś po raz pierwszy. Każdy wie, że raczej nie powinno się przeklinać, używać wulgaryzmów czy przezywać  innych, a słowa takie jak dziękuję, przepraszam, proszę czy wszelkiego rodzaju pozdrowienia umilają nam codzienność. Ale czy każdy wie, że nieudanych przedsięwzięć czy niemiłych wydarzeń nie warto nazywać porażką, że lepiej mówić o błędzie, o lekcji, o doświadczeniu rozwojowym? Nie wszystko musi się udać za pierwszym razem. Nie wszystko w ogóle musi się udać. Często trzeba się czegoś nauczyć (jeszcze), dowiedzieć, udoskonalić swoje działanie, a za niektóre rzeczy w ogóle nie należało się brać…  Nawet przegrana to nie zawsze porażka. Można przegrać bitwę i wygrać wojnę, tak jak niektóre przykre doświadczenia mogą stanowić preludium do późniejszych ponadprzeciętnych dokonań.  Cały szereg zdarzeń w życiu to po prostu logiczne konsekwencje naszych wyborów – korygujące doświadczenia pozwalające się uczyć. Nazywając coś na przykład błędem czy mówiąc o pozbawionych sensu zachowaniach albo o nieprzykładaniu się do jakiejś pracy… dajemy sobie szansę na rozwój, na zmianę… niejako diagnozujemy  to, co się wydarzyło. A co możemy zrobić z porażką? Jeśli coś było pozbawione sensu, już to wiemy i następnym razem pomyślimy przed działaniem, jeśli nie przyłożyliśmy się do czegoś, wiemy, że trzeba to traktować poważniej i więcej pracować. A jeśli pracowaliśmy dobrze, staraliśmy się i nasze zachowania były jak najbardziej sensowne, a i tak nie udało się czegoś dokonać, to może zabrakło serca, może nie jest to zgodne z naszymi predyspozycjami, nie jest nasze… A może po prostu zabrakło szczęścia. A wtedy to jest brak sprzyjających okoliczności a nie porażka.

Normalnie nie używałabym nawet w tekście tego słowa, ale chcę pokazać o co chodzi w idei posługiwania się dobrymi słowami, pragnę zachęcić do zmiany języka.

Tak Dzień Dobrego Słowa jest po to, aby choć jedna osoba uświadomiła sobie, że słowa kreują naszą rzeczywistością.

 

Codziennie jakieś słowo staje się ciałem.
Dlatego trzeba uważać jak się mówi, jak nazywa to wszystko, co nas spotyka.

 

A nade wszystko warto zmienić sposób mówienia  sobie, swoim samopoczuciu i stosunku do życia. Cokolwiek się bowiem mówi, afirmuje się ten stan, umacnia jego chemiczną czy elektryczną reprezentację w naszej świadomości i podświadomości. Jeśli chcemy, aby coś istotnie było naszym udziałem, mówmy to… ale jeśli nie… użyjmy innych słów, takich które dają rozwiązanie lub zostawiają nadzieję. Czasem warto po prostu zamilknąć.

P.S. Przesyłam dziś tekst afirmacji, powodującej, że lepiej się czujemy, wzmacniamy dobre samopoczucie, wręcz zdrowie. Niestety jest to angielska wersja. Proszę zauważyć jak różnie podawane są dobre słowa.  Jak różne jest tępo i grafika. Momentami wszystko dzieje się tak szybko, że wiadomo, iż dociera wyłącznie do warstwy podświadomości. To programowanie podprogowe.

 

https://youtu.be/Xx5Z2l2o514

 

 

 

 

 

Print Friendly

Dzień Dobrego Słowa czerwiec 2016

dzieńdobregosłowa_megafonz motylamiPowiedz to dobrym słowem

 

tytuł książki Iwony Majewskiej-Opiełki

 

 

13 dzień każdego miesiąca to data, która sprawia, że bez względu na to mam czy nie wenę, ile mam czasu i jak się czuję, piszę coś o wadze słów, o ich roli i wpływie na nasze życie. To już nawyk. Nie mogłabym się chyba dobrze czuć i normalnie funkcjonować tego dnia, gdybym nie podzieliła się z Czytelnikami mojego bloga i Znajomymi z Facebooka kolejną refleksją na temat używania dobrych słów. Moim nawykiem jest również osobista dbałość o język. Rzadko zdarzają mi się słowa o zabarwieniu negatywnym… tylko wtedy, kiedy są to jedyne właściwe w danym momencie słowa.

 

Dobre słowa, to bowiem nie tylko słowa o zabarwieniu pozytywnym,
ale właściwe dla danego przekazu, dla skutku jaki chcemy osiągnąć.

 

Słowa są podstawową częścią komunikacji, ta zaś jest po to, aby skutecznie łączyć nas ze światem, ułatwiać rozumienie innych, wyrażenie siebie i współdziałanie.

 

Słowa pozwalają również właściwie tłumaczyć świat samym sobie.
To za ich sprawą może nam się zmienić nastawienie do wielu spraw, nawet do nas samych.

 

Nie wiem czy to moje wrażenie czy może naprawdę twórcy reklam coraz bardziej dbają o przesłanie przekazów informacyjnych. Wśród wielu takich, co wyglądają  jakby były przygotowane przez wyznawców logodydaktyki, czyli mojej koncepcji wspierania rozwoju osobistego, podoba mi się zwłaszcza reklama ING Banku z udziałem Olgi Frycz uczącej wręcz jak jedno słowo może zmienić nie tylko postrzeganie równych sytuacji, ale nastrój. Tym słowem jest  właściwie użyty zaimek dzierżawczy – mój.

 

To słowo wiele zmienia. Jeśli coś jest moje staje się przez to bliższe,  bardziej się z tym łączę.  Dlatego albo mi się lepiej podoba, ale zwiększa mi się  odpowiedzialność za to, co się w tym czymś dzieje, albo powoduje, że zaczynam wręcz inaczej działać.

W tej reklamie młoda kobieta budzi się i od rana nie jest zachwycona życiem. Budzi ją budzik, który czasem brzmi jak pies, pod drodze spotyka starszych mężczyzn, jakichś sprzedawców, pracuje nad projektami… wszystko raczej mechanicznie i bez radości.  A potem mówi: Zacznijmy jeszcze raz. W tej drugiej wypowiedzi mówi mój pies i natychmiast się uśmiecha i przytula budzące ją zwierzę, wśród starszych panów jest szef wszystkich dziadkówjej dziadek. Sformułowanie mój dziadek również wywołuje uśmiech i ciepłe powitanie. Dalej jest mój sprzedawca, u którego kupuje jakiś owoc, moja praca, moje projekty, które wydają się sprawiać więcej przyjemności niż te niczyje. I wreszcie wychodzi  po pracy z przyjaciółmi. Idę w moje miasto… mówi.  Druga część reklamy jest cieplejsza, radośniejsza, bardziej energetyczna.  W tym wypadku chodzi o reklamę banku, mojego banku. A gdyby pamiętać o tym, kiedy mówimy o dzieciach, klientach, sąsiadach,  rodakach…gdyby tak mówić mój kraj, a nie ten kraj.?

 

Piszę to następnego dnia po pierwszym meczu polskiego zespołu na Mistrzostwach Europy w piłce nożnej. Nasi wygrali. Wszyscy czuliśmy wczoraj, że to nasza drużyna, może zwiększyły się nawet patriotyczne uczucia. Tak, kiedy wszystko się dobrze dzieje, wówczas te zaimki w wyrażeniach nasz kraj, moja córka, mój ojciec czy mój rodak jakoś łatwiej dociera do naszej świadomości.  To emocje powodują, że chcemy się identyfikować z tymi osobami czy sytuacjami. Można jednak działać odwrotnie: za sprawą odpowiedniego  zwiększać poczucie wspólnoty i identyfikowania się także wtedy, kiedy  nie wszystko jest piękne i… w ogóle nie jest łatwo.

Poćwiczmy przynajmniej dzisiaj!

 

 

 

 

Print Friendly

Dzień Dobrego Słowa – maj 2016

Cytryna_100x100_1a_maly (3)fbPowiedz to dobrym słowem

Iwona Majewska-Opiełka

Jak dotrzymać danej sobie obietnicy, że w każdy Dzień dobrego Słowa napiszę coś na ten temat, kiedy ciało nie bardzo chce trzymać pion i tęskni za komfortem ciepłego łóżka? Jak przypomnieć  Jednym o tym dniu  i pokazać Innym,  że sama pamiętam, kiedy w głowie karuzela… i to nie myśli? Jak zająć mózg pisaniem, formułowaniem zdań i budowaniem myśli, kiedy  wyzwolony dryfuje w sobie znanym kierunku?  I jak zrobić to szybko na tyle, aby organizm tego nie zauważył i znowu dodać się  dominującemu we mnie powołaniu do zajęcia się sobą: powrocie do łóżka, przyrządzenia  naparu z ziół czy czegoś lekkiego do zjedzenia?

Ano właśnie tak, jak to robię:  Przekazując informację o tym, że moja kondycja fizyczna nie sprzyja napisaniu długiego felietonu i robiąc to jednocześnie bez nadużywania słów, które swoją wymową na pewno mi nie pomogą… nie poczuję się od nich lepiej. 

 

To, jak się określa stan swojego zdrowia, sposób w jaki przekazuje się diagnozę innym
i w ogóle jak się rozmawia o swoim samopoczuciu,
ma znaczny wpływ na zarówno na stan naszego zdrowia jak i szybkość dochodzenia do najlepszej formy.

 

Pewno dlatego, że zbytnio się nie rozwodzę nad swoją niemocą i raczej unikam sformułowań mogących  ją jedynie pogłębić, mogę dziś w ogóle napisać choćby krótki tekścik. To pewno dlatego codziennie budzę się w lepszej formie i wiem, że od tej znakomitej dzielą mnie jedynie godziny. Pewno pomocą są również pełne życzliwości słowa płynące do mnie zewsząd, ciepłe słowa i życzenia powrotu do zdrowia, chęć pomocy  i mnóstwo dobrej energii. Tym razem nie prosiłam nawet o to, ponieważ mój stan zaskoczył mnie pewnego ranka na tyle, że nie zdążyłam.  A najdziwniejsze jest to, że przytrafiło się coś takiego w momencie, kiedy jestem naprawdę wypoczęta i  dopieszczona na wszelkie możliwe sposoby.  Moja serdeczna koleżanka mówi, że tu chodzi o przedłużenie efektu sanatorium, w którym to spędziłam kilkanaście dni… No bardzo dziękuję, ale prawdę mówiąc, wolę krótszą wersję, bez przedłuzania.  Z każdą chwilą czuję się coraz lepiej, to moja ulubiona afirmacja, którą powtarzam zawsze w sytuacji, kiedy bardzo sobie tego życzę. I zwykle tak się dzieje, teraz również. Tak działa dobre słowo w praktyce.

Życzę Wszystkim wiele życzliwości w  Dniu  Dobrego Słowa, samych pięknych i pozytywnych sformułowań i… na wszelki wypadek… dużo zdrowia.

 

Print Friendly

Dzień Dobrego Słowa – kwiecień 2016

okladka-8Idea przynajmniej jednego dnia w miesiącu, w którym  specjalnie uważamy, aby nasze słowa były wyłącznie dobre, rozprzestrzenia się. Coraz więcej osób wie, że 13. dzień każdego miesiąca to dzień takich starań.  Tego dnia dążymy do tego, , aby nasze słowa były nie tylko dobre, nie tylko wzmacniały ludzi, żeby nie było w nich wulgaryzmów, ale również o to, aby był to ładny, polski język, który tworzy przyjemną atmosferę. Moja ostatnia książka Powiedz to dobrym słowem znacznie się do tego przyczyniła. Od wielu osób dostaję listy, w których dziękują za uświadomienie wagi słów… nie tylko w tym oczywistym, treściowym wymiarze. Cieszę się.

 

Wszak nawet najbardziej ważkie i kontrowersyjne sprawy mogą być dyskutowane w dobrej atmosferze.

 

To nie jest tak, że jeśli chcemy kogoś zdyscyplinować, zwrócić mu uwagę na niewłaściwe zachowanie czy nawet wyrazić swoją stanowczą dezaprobatę, trzeba używać słów o gorzkim posmaku czy mocnym, nawet negatywnym zabarwieniu. Nie trzeba też nikogo obdarowywać przykrymi epitetami. Nawet złośliwość wyrażana pozornie przyjaznym tonem ma swój negatywny wpływ… szczególnie na tych, którzy tak się wypowiadają, ale częściowo również na tych, co słuchają. A już na pewno nie warto  używać wszelkich niedobrych słów w odniesieniu do siebie. Nawet gdyby to brzmiało dowcipnie, zabawnie i gdyby wszyscy dookoła wiedzieli, że jest to jedynie żart. Cóż, jak już wiele razy w różnych miejscach zaznaczałam:

 

Podświadomość nie zna się na żartach.
Cokolwiek do niej wchodzi przyjmuje jako stwierdzenie wyrażające pewien stan
– prawdę o Tobie, o innych, o życiu.

 

Dlaczego zatem niektórym nie jest łatwo zrezygnować z niedobrych słów? Zgadzają się ze mną, wiedzą, że mam dużo racji, ba, przyznają mi ją… Na pewno ma pani rację, ale… Otóż to… ale. Ale nie jest łatwo zrobić zwrot w innym kierunku, kiedy latami w zasadzie się o tym nie myślało i powtarzało po setki razy jakieś słowo, o którym najlepiej zapomnieć; ale nie będzie tak dowcipnie i błyskotliwie, kiedy zrezygnujemy z niektórych słów, porównań, złośliwości; ale nie będziemy wtedy autentyczni a nasze emocje przyblakną; ale czy inni nas zrozumieją, wszak oni również tak mówią; ale czy nie będzie to sztuczne?

               

Nigdy nie usłyszałam, że sposób, w jaki się wypowiadam jest sztuczny. Nie wydaje mi się, aby ludzie mieli więcej wyzwań ze zrozumieniem mnie niż rozumieniem tych, co o język nie dbają. Jestem bardzo emocjonalna i wyrażam wszelkie emocje, które pragnę wyrazić i, owszem, jestem autentyczna, bo moje prawdziwe ja wcale nie ma ochoty na inne słowa… nigdy jej nie miało.

 

Prawdziwe ja każdego z nas woli dobre słowo, pragnie ładnego języka.

 

Owszem na początku byłam jakby mniej błyskotliwa, jako że nauczyłam się błyszczeć niekoniecznie pozytywnie. Jednak wróciłam do normy i dziś nawet moja inteligencja zyskała.

 

Dlatego odważnie wejdź w Dzień Dobrego Słowa. Przedłuż go na tydzień, miesiąc, na życie. Będziesz szczęśliwszy!

 

 

 

 

 

Print Friendly

Dzień Dobrego Słowa – marzec 2016

okladka-8

Językiem można utwierdzać siebie i innych w poczuciu obfitości,
ale i można je podważać

 

 

Zakończyłam serię krótkich tekstów, które są rozwinięciem cytatów zaczerpniętych przez Dwie Wspaniałe Czytelniczki z moich książek. Napisałam 100 felietonów z nadzieją, że moje – starannie dobrane wręcz wyselekcjonowane – słowa, nie tylko zainspirują do małych dobrych zmian w życiu, ale wniosą dobrą energię, podniosą nastrój i sprawią przyjemność.

 

Dziś jednak kolejny  Dzień Dobrego Słowa,  zatem – jak zwykle od kilku lat trzynastego dnia miesiąca – piszę o roli słów w naszym życiu.

Rozwinę motto do tego tekstu – zdanie pochodzące z mojej książki Słowa na każdą okazję.

 

Poczucie obfitości to stan umysłu
odpowiadający w znacznym stopniu za nasz stosunek do świata,
oczekiwania od życia, nadzieje
ale także działania w kierunku realizacji celów.

 

Jeśli ma się poczucie obfitości potrafi się – z jednej strony –  doceniać i być wdzięcznym za to, co się ma, z drugiej zaś sięgać po to, czego się prawdziwie pragnie, wierząc, że dotrze się do wszelkich niezbędnych zasobów.  To oczywiste, że prawdziwe poczucie obfitości wnosi w ludzkie życie więcej radości i spokoju.

Stan umysłu nie jest równoznaczny ze stanem posiadania, bynajmniej.  Wielu ludzi bogatych wciąż nie ma poczucia obfitości, a ich ciągła, często nadgorliwa, akumulacja dóbr jest wyrazem dążenia do tego stanu. Może niestety zdarzyć się tak, że nigdy nie dotrą do poczucia obfitości. A to między innymi za sprawą słownictwa, które może skupiać ich uwagę na tym, czego nie ma i w ten sposób kreować poczucie braku. Są ludzie, którzy według popularnego dziś podejścia mają niewiele, a jednak wydają się szczęśliwi i zasobni. A to dlatego, że ich język wyraża wdzięczność i zadowolenie z tego co już mają. Oni sami, w przeciwieństwie do pierwszej grupy, mówią o sobie jak o ludziach bogatych, zasobnych i zadowolonymi ze stanu swojego posiadania. W ich sposobie mówienia dominują słowa pozytywne wyrażające radość z tego, co posiadają, zachwyt nad nawet prostymi sprawami i wdzięczność. Dziękuję to ulubione słowo człowieka z poczuciem obfitości. Nawet Bogu raczej dziękuje niż Go o coś prosi. Dziękuje innym ludziom i okolicznościom. Potrafi nawet podziękować sam sobie.

Język obfitości zauważa wszelkie pozytywy życia, a także to, z czego może się cieszyć w swoim życiu. A człowiek posługujący się nim nie używa słów typu biedny, ubogi, ani o sobie, ani o… swoich klientach. Nie mówi, że nie ma pieniędzy i nie tłumaczy w podobny sposób faktu, ze inni udzie czegoś nie kupują. Nie mówi o Polsce, że to biedny kraj. Dzięki temu w jego świadomości i podświadomości nie dźwięczą te smutne słowa i nie zabierają radości życia ni nie zniechęcają do pracy. Nazwanie kogoś biednym nie polepszy jego sytuacji, a nazywanie w taki sposób naszej ojczyzny sprawia, że znaczna część Polaków czuje się jak ubodzy krewni Europejczyków czy innych narodowości uznawanych przez nas za bogatsze. Czy czujemy się lepiej? Nie. A może łatwiej przychodzi nam zarabianie pieniędzy?  Niestety, również nie, przeciwnie, łatwiej wtedy o utrwalanie wzorów zachowań prowadzących do poczucia braku.

 

Zamiast używać przymiotników czy przyimków odgradzających nas od dobrobytu, a będących jedynie interpretacją faktów, lepiej już mówić o faktach. To nie osłabia motywacji do działania.

Zatem mówmy dziś językiem pozytywnym, ze szczególnym uwzględnieniem obszarów dotyczących naszego stanu posiadania, zdrowia i szansy na jeszcze lepsze życie. Mówmy tak również jutro i przez kolejne dni.

 

Dziś używaj wyłącznie pozytywnego języka.

 

 

 

Print Friendly

Zrobiłam to!

Kiedy wykona się rzeczy, które nie są łatwe,
wtedy życie staje się łatwiejsze

 

Często powtarzam tę prawdę, bo często słyszę od różnych osób: To takie trudne. Różni ludzie mówią tak o różnych sprawach. Jedni o systematyczności,  inni o porannym wstawaniu, jeszcze inni o używaniu pozytywnego języka, a najczęściej – o cierpliwości i miłości bliźniego.  Spotykam się również  z tym, że zaplanowanie pewnych wydarzeń w życiu nie jest łatwe, spisanie celów też nie i znalezienie czasu na codzienną troskę o siebie. Niektórym  nawet marzenia łączą się wykonaniem jakiejś pracy.

Słyszę takie stwierdzenie także wtedy, kiedy proponuję odpowiedzieć na pytania, które pozwalają zastanowić się nad własnym życiem, zmuszają do refleksji nad tym co wybieraliśmy dotąd i skłaniają do ewentualnej zmiany priorytetów.

Oto pytania, na które warto odpowiedzieć. A po przemyśleniu może warto zacząć żyć w zgodzie z odpowiedziami.  

  • Kto jest dla mnie najważniejszy?
  • Co jest dla mnie najważniejsze?
  • Jakie potrzeby chciałbym mieć zaspokojone?
  • Na czym zależy mi w życiu najbardziej?
  • Jak mogę zaspokoić swoje potrzeby cielesne, duchowe, emocjonalne i  intelektualne?
  • Jakie mam talenty?
  • W jaki sposób mogę przyczynić się do rozwoju innych, świata?
  • Co najbardziej lubię robić?
  • Jakie momenty mojego życia uważam za najszczęśliwsze?
  • Dlaczego były szczęśliwe?
  • Co uważam za najbardziej wartościowe w swoim życiu zawodowym?
  • W jaki sposób chciałbym włączyć się w działalność w swoim środowisku?
  • Jakie wartości uważam za najważniejsze?
  • Czy zadowala mnie poziom i jakość mojego obecnego życia?
  • Jakie obszary mojego życia chciałabym zmienić, ulepszyć?
  • Jakie są moje najważniejsze cele życiowe

 Czy warto na samym początku klasyfikować różne zadania i ocenia ich stopień trudności? Czemu to ma służyć? Na pewno nie ułatwieniu pracy. Może jest rodzajem asekuracji, usprawiedliwieniem na wypadek, gdyby nie wyszło? Jednak proponowałabym zrezygnować przynajmniej ze słowa trudne, można zastąpić go słowem niełatwe. Znaczy to samo, a brzmi znacznie łagodniej.  Czytałam nawet o badaniach, które wykazały, iż osoby poinformowane o tym, że wykonywane przez nich zadanie jest trudne, istotnie zachowują się tak, jakby wymagało ono więcej pracy, podczas, gdy te poinformowane o łatwości zadania radzą sobie z nim lepiej i szybciej. To oczywiste.  Samo słowo dodaje ciężaru wykonywanej pracy. Może potem  zniechęcać i powstrzymywać przed działaniem. Tym bardziej, że pewne rzeczy okazują się łatwiejsze niż myślało się o tym początkowo. Trzeba działać.

Kiedy ja sama zabieram się za coś, nie wyrokuję czy będzie to łatwe czy nie. Po prostu zaczynam to robić. Wykonuje pierwszy krok. Obojętnie czy jest to książka, długi spacer, raport z burzliwego szkolenia, ćwiczenia  czy program rocznego programu stymulującego rozwój przedsiębiorstwa.

 Nie inaczej było z krótkimi tekstami, z których ostatni właśnie za Tobą.
Mam nadzieję, że czułeś w nich lekkość, że wchodziły Ci do serca łatwo i przyjemnie…. Tak, jak ja je pisałam

 

Dziś odpowiedz na zawarte  w tym tekście pytania. A potem…. zrób coś.

 

 

 

 

Print Friendly

Świat wnętrza

Kiedy uwagę przenosi się ze świata zewnętrznego na świat wnętrza
– myśli, idei, ducha –
wtedy życie nabiera zupełnie innego wymiaru

 

Osiągając sukcesy, biegnąc od celu do celu i będąc zajętym wykonywaniem zadań prowadzących do kolejnego zwycięstwa, łatwo nie zauważyć, że naszemu życiu czegoś brakuje.  Wypełnione zadaniami dni, uwieńczona sukcesem praca daje nam poczucie działania, a także właściwego zadbania o siebie i bliskich. Sprowadzone do zadań życie przenosi naszą uwagę na zewnątrz nas samych, a czasem wręcz odziera z refleksji, zadumy i troski o duszę. Oczywiście są też pewne prawa wieku i zrozumiała koncentracja na aktywności ludzi młodszych.

Wayne Dyer zrobił badania, z których wynika, że młodzi mężczyźni koncentrują się przede wszystkim na akumulacji dóbr, przygodzie, osiągnięciach i przyjemnościach. Młode kobiety zaś koncentrują się na  rodzinie, poczuciu niezależności, karierze zawodowej, pasowaniu do reszty świata i byciu atrakcyjną.  Każda z tych wartości jest tak naprawdę nastawiona na zewnątrz, to stamtąd pochodzi poczucie, że mamy to, na czym nam zależy. Zewnętrzne warunki, ludzie bądź rzeczy poza nami są też punktem odniesienia  przy ocenianiu na ile nasze życie ma sens.

 

Warto zaznaczyć, że tak mniej więcej około 33 roku życia nasza dusza upomina się o to, co dla niej ważne. Daje znać, że chciałaby czegoś innego, że  potrzebuje troski, której ten styl życia jej nie zapewnia, domaga się po prostu, by ją zauważono i zajęto się nią. Różnie się to objawia: wypaleniem, chandrą, poczuciem braku sensu w tym co się robi, a czasem nawet depresją albo chorobami ciała.

Jeśli właściciel duszy czy – jeśli ktoś woli – jej cielesna powłoka, zdecyduje się wtedy na zatrzymanie, wsłuchanie w siebie i zmianę stylu życia  na taki, aby dusza miała to, na czym jej zależy, życie nabiera innego wymiaru. Zaczynamy lubić przebywanie ze sobą samym i swoimi myślami, nie boimy się samotności;  nigdy nie jesteśmy samotni, choć często – sami.

 

Dusza żyje w świecie ciszy, myśli, idei, piękna.
Ważne aby w każdym momencie życia dawać jej taka pożywkę.

 

Tym bardziej, ze kiedy przychodzi popołudnie życia wartości się zmieniają. Jak pokazują badania Dyera dojrzali mężczyźni cenią sobie duchowość, spokój wewnętrzny, rodzinę ale także szczerość i poczucie misji w rozumieniu poczucia Boga. Nie chcą już biegnąć, chcą zatrzymać się przy bliskich i zagłębić nieco w siebie. Nie chcą udawać zdobywców, bohaterów i twardzieli, pragną szczerze okazywać uczucia… wzruszać się na przykład, choćby do łez.

A co się staje najważniejsze dla kobiet dojrzałych? Rozwój, poczucie własnej wartości, duchowość, szczęście i wybaczenie.  Szczęście rozumiane jest tu jako poczucie spełnienia w każdym calu. A dlaczego wybaczenie? Dlatego, że często koncentrując się na tym, co na zewnątrz, na innych ludziach inwestowały w to za dużo, nie dostając tego, czego oczekiwały. Często trzeba wybaczyć mężczyznom, rodzicom, dzieciom… a także sobie.

 

Skoro wiadomo, że istnieją potrzeby dusz, nieco inne niż te, które najczęściej spełniamy, to może już dziś można się do nich odnieść, zadbać o nie? Będzie łatwiej w przyszłości.

 

Działanie nie jest domeną  duszy. 

 

Zatrzymaj się, wejdź w siebie, odpowiedz na zasadnicze pytania, dostrzeż, czego brakuje. I sięgaj po to codziennie.

 

Dziś zapytaj szczerze swoją duszę czego potrzebuje. A potem posiedź 10 minut w ciszy. Ręczę, że dostaniesz odpowiedź.

 

 

Print Friendly

Dlaczego warto patrzeć w oczy

Kiedy mówiąc , patrzymy w oczy drugiego człowieka,
przekazujemy mu swoje uczciwe intencje,
ale jednocześnie widzimy jak nasze słowa odbijają się w jego oczach,
jak on na to reaguje.

 

Na szkoleniu z komunikacji usłyszymy, że jeśli chcemy być wiarygodni, powinniśmy patrzeć w oczy naszym rozmówcom.
Pewno tak… tyle, że nie jest to obojętne jakie  to jest  spojrzenie.  Lubię opowiadać  o rozmowie z kandydatem na businessmana (on myślał, że już nim jest), który prowadził ze mną rozmowę dokładnie według świeżo poznanych reguł dobrej komunikacji. Był świetnie ubrany,  bo był też na szkoleniu z budowania wizerunku; witając się ścisnął mi rękę, mocniej niż by wymagała tego sytuacja i… fakt, że jestem kobietą, a potem mówiąc i słuchając patrzył mi w oczy… Miałam wrażenie, że nawet na sekundę nie spuścił wzroku, ani nie przeniósł go na coś innego.   Pomyślałam sobie, że to efekt wiary w słowa jakiegoś trenera komunikacji. Istotnie tak było, o czym sam mi powiedział, kiedy już dłużej porozmawialiśmy. Dowiedział się, że ma przez 85% trwania rozmowy patrzeć w oczy rozmówcy…  A ponieważ nie mógł przewidzieć jak długo będziemy rozmawiać, chciał na pewno tę normę wyrobić. Wykorzystał też wiedzę ze szkolenia na temat negocjacji, gdzie dowiedział się, że nie może  pierwszy spuścić wzroku… Nie ukrywam, że było to najbardziej zabawne wyznanie, jakie usłyszałam w swoje karierze psychologa i trenera. Jestem przekonana, że niewłaściwie odebrał to szkolenie, choć on twierdził, że dokładnie to usłyszał.

 

Smuci mnie, że komunikacja dana człowiekowi po to, by łączyć go z innymi ludźmi, a nie tylko (jak utrzymuje część ludzi) żeby lepiej współdziałać,  wykorzystywana jest często jak sposób na osiąganie własnych, najczęściej materialnych,  celów.

Rzadko kto przychodzi na szkolenie, aby chcieć lepiej rozumieć ludzi… a jeśli nawet, to tylko po to, aby odczytać ich potrzeby i sprzedać im to, co ma do sprzedania. Tymczasem ja sam czuję się najlepiej nie wtedy, kiedy sprzedam swoją pracę, ale kiedy mam głębokie rozmowy z innymi ludźmi, kiedy  rozumiem to, co mówią i czują, kiedy ich słowa docierają do mojego serca i odpowiadam tak, jak w takiej chwili odpowiedzieć trzeba, nie czując nawet, że to robię… albo milczę przepełniona różnymi emocjami. A jak to jest u Ciebie?

 

Oczy są zwierciadłem duszy a nie narzędziem manipulacji.
Warto patrzeć w oczy, bo w nich można dostrzec uczucia rozmówcy,
które pozwolą traktować go lepiej, czulej.

 

Zdarza mi się, choć teraz już rzadko,  że rozmawiając z kimś z różnych powodów nie patrzę w oczy. Bywa, że nie widząc w porę prawdziwych uczuć, potraktuję daną osobę zbyt szorstko, albo powiem coś, do czego ona jeszcze nie dojrzała i powiedzenie jej tego w tym właśnie momencie, nie wniesie niczego dobrego.  

 

Ludzie czasem mówią, że chcą coś usłyszeć, że są na to gotowi, a ich oczy mówią zupełnie coś innego.  Twierdzą też, że u nich wszystko w porządku a oczy błagają o pomoc. Owszem, bywa i tak, że oczy pokazują, iż nie należy ufać tej osobie, że nie jest z nami szczera.  

Warto patrzeć w oczy, bo wtedy lepiej możemy podejmować decyzje. Wiem, że moja zdolność docierania  do sedna czyjegoś wyzwania czy bólu łączy się właśnie z tym, że  rozumiem mowę oczu.

Tak,  warto patrzeć w oczy. Po to, by zrozumieć lepiej człowieka, z którym rozmawiamy, z którym jesteśmy w jakiejś relacji. Dzięki temu lepiej się rozumiemy i stajemy się sobie bliżsi. A czy jest coś piękniejszego niż bliskość dwojga ludzi?

 

Dziś popatrz w oczy każdej osoby, z która rozmawiasz, po t, by poczuć się nieco bliżej.

 

 

Print Friendly

Szkolenia

26.11.2016

Droga do... Sopot 2016-2017

Gdzie: Sopot
Prowadzi: Anna Kunicka oraz Iwona Majewska-Opiełka

więcej szkoleń

Spotkania KSD

Lubisz ASDIMO?

Kanał YouTube


„Jesteśmy nawzajem za siebie odpowiedzialni. Zbiorowo. Świat jest naszym wspólnym dążeniem. Możemy powiedzieć, że jest jak ogromne puzzle, i każdy z nas jest jego bardzo ważną i niepowtarzalną cząstką. Razem możemy się połączyć i zrodzić potężną przemianę na świecie. Pracując nad wyniesieniem naszej świadomości na wyższy poziom duchowego zrozumienia, zaczniemy uzdrawiać siebie, potem innych i świat.” -Betty Eadie w książce pod redakcją R. Carlsona i B. Shielda „Podręcznik dla duszy”

ARCHIWA BLOGA

Dołącz do nas na Google+