Iwona Majewska-Opiełka

Dzień Dobrego Słowa – kwiecień 2016

okladka-8Idea przynajmniej jednego dnia w miesiącu, w którym  specjalnie uważamy, aby nasze słowa były wyłącznie dobre, rozprzestrzenia się. Coraz więcej osób wie, że 13. dzień każdego miesiąca to dzień takich starań.  Tego dnia dążymy do tego, , aby nasze słowa były nie tylko dobre, nie tylko wzmacniały ludzi, żeby nie było w nich wulgaryzmów, ale również o to, aby był to ładny, polski język, który tworzy przyjemną atmosferę. Moja ostatnia książka Powiedz to dobrym słowem znacznie się do tego przyczyniła. Od wielu osób dostaję listy, w których dziękują za uświadomienie wagi słów… nie tylko w tym oczywistym, treściowym wymiarze. Cieszę się.

 

Wszak nawet najbardziej ważkie i kontrowersyjne sprawy mogą być dyskutowane w dobrej atmosferze.

 

To nie jest tak, że jeśli chcemy kogoś zdyscyplinować, zwrócić mu uwagę na niewłaściwe zachowanie czy nawet wyrazić swoją stanowczą dezaprobatę, trzeba używać słów o gorzkim posmaku czy mocnym, nawet negatywnym zabarwieniu. Nie trzeba też nikogo obdarowywać przykrymi epitetami. Nawet złośliwość wyrażana pozornie przyjaznym tonem ma swój negatywny wpływ… szczególnie na tych, którzy tak się wypowiadają, ale częściowo również na tych, co słuchają. A już na pewno nie warto  używać wszelkich niedobrych słów w odniesieniu do siebie. Nawet gdyby to brzmiało dowcipnie, zabawnie i gdyby wszyscy dookoła wiedzieli, że jest to jedynie żart. Cóż, jak już wiele razy w różnych miejscach zaznaczałam:

 

Podświadomość nie zna się na żartach.
Cokolwiek do niej wchodzi przyjmuje jako stwierdzenie wyrażające pewien stan
- prawdę o Tobie, o innych, o życiu.

 

Dlaczego zatem niektórym nie jest łatwo zrezygnować z niedobrych słów? Zgadzają się ze mną, wiedzą, że mam dużo racji, ba, przyznają mi ją… Na pewno ma pani rację, ale… Otóż to… ale. Ale nie jest łatwo zrobić zwrot w innym kierunku, kiedy latami w zasadzie się o tym nie myślało i powtarzało po setki razy jakieś słowo, o którym najlepiej zapomnieć; ale nie będzie tak dowcipnie i błyskotliwie, kiedy zrezygnujemy z niektórych słów, porównań, złośliwości; ale nie będziemy wtedy autentyczni a nasze emocje przyblakną; ale czy inni nas zrozumieją, wszak oni również tak mówią; ale czy nie będzie to sztuczne?

               

Nigdy nie usłyszałam, że sposób, w jaki się wypowiadam jest sztuczny. Nie wydaje mi się, aby ludzie mieli więcej wyzwań ze zrozumieniem mnie niż rozumieniem tych, co o język nie dbają. Jestem bardzo emocjonalna i wyrażam wszelkie emocje, które pragnę wyrazić i, owszem, jestem autentyczna, bo moje prawdziwe ja wcale nie ma ochoty na inne słowa… nigdy jej nie miało.

 

Prawdziwe ja każdego z nas woli dobre słowo, pragnie ładnego języka.

 

Owszem na początku byłam jakby mniej błyskotliwa, jako że nauczyłam się błyszczeć niekoniecznie pozytywnie. Jednak wróciłam do normy i dziś nawet moja inteligencja zyskała.

 

Dlatego odważnie wejdź w Dzień Dobrego Słowa. Przedłuż go na tydzień, miesiąc, na życie. Będziesz szczęśliwszy!

 

 

 

 

 

Print Friendly

Dzień Dobrego Słowa – marzec 2016

okladka-8

Językiem można utwierdzać siebie i innych w poczuciu obfitości,
ale i można je podważać

 

 

Zakończyłam serię krótkich tekstów, które są rozwinięciem cytatów zaczerpniętych przez Dwie Wspaniałe Czytelniczki z moich książek. Napisałam 100 felietonów z nadzieją, że moje – starannie dobrane wręcz wyselekcjonowane – słowa, nie tylko zainspirują do małych dobrych zmian w życiu, ale wniosą dobrą energię, podniosą nastrój i sprawią przyjemność.

 

Dziś jednak kolejny  Dzień Dobrego Słowa,  zatem – jak zwykle od kilku lat trzynastego dnia miesiąca – piszę o roli słów w naszym życiu.

Rozwinę motto do tego tekstu – zdanie pochodzące z mojej książki Słowa na każdą okazję.

 

Poczucie obfitości to stan umysłu
odpowiadający w znacznym stopniu za nasz stosunek do świata,
oczekiwania od życia, nadzieje
ale także działania w kierunku realizacji celów.

 

Jeśli ma się poczucie obfitości potrafi się – z jednej strony -  doceniać i być wdzięcznym za to, co się ma, z drugiej zaś sięgać po to, czego się prawdziwie pragnie, wierząc, że dotrze się do wszelkich niezbędnych zasobów.  To oczywiste, że prawdziwe poczucie obfitości wnosi w ludzkie życie więcej radości i spokoju.

Stan umysłu nie jest równoznaczny ze stanem posiadania, bynajmniej.  Wielu ludzi bogatych wciąż nie ma poczucia obfitości, a ich ciągła, często nadgorliwa, akumulacja dóbr jest wyrazem dążenia do tego stanu. Może niestety zdarzyć się tak, że nigdy nie dotrą do poczucia obfitości. A to między innymi za sprawą słownictwa, które może skupiać ich uwagę na tym, czego nie ma i w ten sposób kreować poczucie braku. Są ludzie, którzy według popularnego dziś podejścia mają niewiele, a jednak wydają się szczęśliwi i zasobni. A to dlatego, że ich język wyraża wdzięczność i zadowolenie z tego co już mają. Oni sami, w przeciwieństwie do pierwszej grupy, mówią o sobie jak o ludziach bogatych, zasobnych i zadowolonymi ze stanu swojego posiadania. W ich sposobie mówienia dominują słowa pozytywne wyrażające radość z tego, co posiadają, zachwyt nad nawet prostymi sprawami i wdzięczność. Dziękuję to ulubione słowo człowieka z poczuciem obfitości. Nawet Bogu raczej dziękuje niż Go o coś prosi. Dziękuje innym ludziom i okolicznościom. Potrafi nawet podziękować sam sobie.

Język obfitości zauważa wszelkie pozytywy życia, a także to, z czego może się cieszyć w swoim życiu. A człowiek posługujący się nim nie używa słów typu biedny, ubogi, ani o sobie, ani o… swoich klientach. Nie mówi, że nie ma pieniędzy i nie tłumaczy w podobny sposób faktu, ze inni udzie czegoś nie kupują. Nie mówi o Polsce, że to biedny kraj. Dzięki temu w jego świadomości i podświadomości nie dźwięczą te smutne słowa i nie zabierają radości życia ni nie zniechęcają do pracy. Nazwanie kogoś biednym nie polepszy jego sytuacji, a nazywanie w taki sposób naszej ojczyzny sprawia, że znaczna część Polaków czuje się jak ubodzy krewni Europejczyków czy innych narodowości uznawanych przez nas za bogatsze. Czy czujemy się lepiej? Nie. A może łatwiej przychodzi nam zarabianie pieniędzy?  Niestety, również nie, przeciwnie, łatwiej wtedy o utrwalanie wzorów zachowań prowadzących do poczucia braku.

 

Zamiast używać przymiotników czy przyimków odgradzających nas od dobrobytu, a będących jedynie interpretacją faktów, lepiej już mówić o faktach. To nie osłabia motywacji do działania.

Zatem mówmy dziś językiem pozytywnym, ze szczególnym uwzględnieniem obszarów dotyczących naszego stanu posiadania, zdrowia i szansy na jeszcze lepsze życie. Mówmy tak również jutro i przez kolejne dni.

 

Dziś używaj wyłącznie pozytywnego języka.

 

 

 

Print Friendly

Zrobiłam to!

Kiedy wykona się rzeczy, które nie są łatwe,
wtedy życie staje się łatwiejsze

 

Często powtarzam tę prawdę, bo często słyszę od różnych osób: To takie trudne. Różni ludzie mówią tak o różnych sprawach. Jedni o systematyczności,  inni o porannym wstawaniu, jeszcze inni o używaniu pozytywnego języka, a najczęściej – o cierpliwości i miłości bliźniego.  Spotykam się również  z tym, że zaplanowanie pewnych wydarzeń w życiu nie jest łatwe, spisanie celów też nie i znalezienie czasu na codzienną troskę o siebie. Niektórym  nawet marzenia łączą się wykonaniem jakiejś pracy.

Słyszę takie stwierdzenie także wtedy, kiedy proponuję odpowiedzieć na pytania, które pozwalają zastanowić się nad własnym życiem, zmuszają do refleksji nad tym co wybieraliśmy dotąd i skłaniają do ewentualnej zmiany priorytetów.

Oto pytania, na które warto odpowiedzieć. A po przemyśleniu może warto zacząć żyć w zgodzie z odpowiedziami.  

  • Kto jest dla mnie najważniejszy?
  • Co jest dla mnie najważniejsze?
  • Jakie potrzeby chciałbym mieć zaspokojone?
  • Na czym zależy mi w życiu najbardziej?
  • Jak mogę zaspokoić swoje potrzeby cielesne, duchowe, emocjonalne i  intelektualne?
  • Jakie mam talenty?
  • W jaki sposób mogę przyczynić się do rozwoju innych, świata?
  • Co najbardziej lubię robić?
  • Jakie momenty mojego życia uważam za najszczęśliwsze?
  • Dlaczego były szczęśliwe?
  • Co uważam za najbardziej wartościowe w swoim życiu zawodowym?
  • W jaki sposób chciałbym włączyć się w działalność w swoim środowisku?
  • Jakie wartości uważam za najważniejsze?
  • Czy zadowala mnie poziom i jakość mojego obecnego życia?
  • Jakie obszary mojego życia chciałabym zmienić, ulepszyć?
  • Jakie są moje najważniejsze cele życiowe

 Czy warto na samym początku klasyfikować różne zadania i ocenia ich stopień trudności? Czemu to ma służyć? Na pewno nie ułatwieniu pracy. Może jest rodzajem asekuracji, usprawiedliwieniem na wypadek, gdyby nie wyszło? Jednak proponowałabym zrezygnować przynajmniej ze słowa trudne, można zastąpić go słowem niełatwe. Znaczy to samo, a brzmi znacznie łagodniej.  Czytałam nawet o badaniach, które wykazały, iż osoby poinformowane o tym, że wykonywane przez nich zadanie jest trudne, istotnie zachowują się tak, jakby wymagało ono więcej pracy, podczas, gdy te poinformowane o łatwości zadania radzą sobie z nim lepiej i szybciej. To oczywiste.  Samo słowo dodaje ciężaru wykonywanej pracy. Może potem  zniechęcać i powstrzymywać przed działaniem. Tym bardziej, że pewne rzeczy okazują się łatwiejsze niż myślało się o tym początkowo. Trzeba działać.

Kiedy ja sama zabieram się za coś, nie wyrokuję czy będzie to łatwe czy nie. Po prostu zaczynam to robić. Wykonuje pierwszy krok. Obojętnie czy jest to książka, długi spacer, raport z burzliwego szkolenia, ćwiczenia  czy program rocznego programu stymulującego rozwój przedsiębiorstwa.

 Nie inaczej było z krótkimi tekstami, z których ostatni właśnie za Tobą.
Mam nadzieję, że czułeś w nich lekkość, że wchodziły Ci do serca łatwo i przyjemnie…. Tak, jak ja je pisałam

 

Dziś odpowiedz na zawarte  w tym tekście pytania. A potem…. zrób coś.

 

 

 

 

Print Friendly

Świat wnętrza

Kiedy uwagę przenosi się ze świata zewnętrznego na świat wnętrza
– myśli, idei, ducha –
wtedy życie nabiera zupełnie innego wymiaru

 

Osiągając sukcesy, biegnąc od celu do celu i będąc zajętym wykonywaniem zadań prowadzących do kolejnego zwycięstwa, łatwo nie zauważyć, że naszemu życiu czegoś brakuje.  Wypełnione zadaniami dni, uwieńczona sukcesem praca daje nam poczucie działania, a także właściwego zadbania o siebie i bliskich. Sprowadzone do zadań życie przenosi naszą uwagę na zewnątrz nas samych, a czasem wręcz odziera z refleksji, zadumy i troski o duszę. Oczywiście są też pewne prawa wieku i zrozumiała koncentracja na aktywności ludzi młodszych.

Wayne Dyer zrobił badania, z których wynika, że młodzi mężczyźni koncentrują się przede wszystkim na akumulacji dóbr, przygodzie, osiągnięciach i przyjemnościach. Młode kobiety zaś koncentrują się na  rodzinie, poczuciu niezależności, karierze zawodowej, pasowaniu do reszty świata i byciu atrakcyjną.  Każda z tych wartości jest tak naprawdę nastawiona na zewnątrz, to stamtąd pochodzi poczucie, że mamy to, na czym nam zależy. Zewnętrzne warunki, ludzie bądź rzeczy poza nami są też punktem odniesienia  przy ocenianiu na ile nasze życie ma sens.

 

Warto zaznaczyć, że tak mniej więcej około 33 roku życia nasza dusza upomina się o to, co dla niej ważne. Daje znać, że chciałaby czegoś innego, że  potrzebuje troski, której ten styl życia jej nie zapewnia, domaga się po prostu, by ją zauważono i zajęto się nią. Różnie się to objawia: wypaleniem, chandrą, poczuciem braku sensu w tym co się robi, a czasem nawet depresją albo chorobami ciała.

Jeśli właściciel duszy czy – jeśli ktoś woli – jej cielesna powłoka, zdecyduje się wtedy na zatrzymanie, wsłuchanie w siebie i zmianę stylu życia  na taki, aby dusza miała to, na czym jej zależy, życie nabiera innego wymiaru. Zaczynamy lubić przebywanie ze sobą samym i swoimi myślami, nie boimy się samotności;  nigdy nie jesteśmy samotni, choć często – sami.

 

Dusza żyje w świecie ciszy, myśli, idei, piękna.
Ważne aby w każdym momencie życia dawać jej taka pożywkę.

 

Tym bardziej, ze kiedy przychodzi popołudnie życia wartości się zmieniają. Jak pokazują badania Dyera dojrzali mężczyźni cenią sobie duchowość, spokój wewnętrzny, rodzinę ale także szczerość i poczucie misji w rozumieniu poczucia Boga. Nie chcą już biegnąć, chcą zatrzymać się przy bliskich i zagłębić nieco w siebie. Nie chcą udawać zdobywców, bohaterów i twardzieli, pragną szczerze okazywać uczucia… wzruszać się na przykład, choćby do łez.

A co się staje najważniejsze dla kobiet dojrzałych? Rozwój, poczucie własnej wartości, duchowość, szczęście i wybaczenie.  Szczęście rozumiane jest tu jako poczucie spełnienia w każdym calu. A dlaczego wybaczenie? Dlatego, że często koncentrując się na tym, co na zewnątrz, na innych ludziach inwestowały w to za dużo, nie dostając tego, czego oczekiwały. Często trzeba wybaczyć mężczyznom, rodzicom, dzieciom… a także sobie.

 

Skoro wiadomo, że istnieją potrzeby dusz, nieco inne niż te, które najczęściej spełniamy, to może już dziś można się do nich odnieść, zadbać o nie? Będzie łatwiej w przyszłości.

 

Działanie nie jest domeną  duszy. 

 

Zatrzymaj się, wejdź w siebie, odpowiedz na zasadnicze pytania, dostrzeż, czego brakuje. I sięgaj po to codziennie.

 

Dziś zapytaj szczerze swoją duszę czego potrzebuje. A potem posiedź 10 minut w ciszy. Ręczę, że dostaniesz odpowiedź.

 

 

Print Friendly

Dlaczego warto patrzeć w oczy

Kiedy mówiąc , patrzymy w oczy drugiego człowieka,
przekazujemy mu swoje uczciwe intencje,
ale jednocześnie widzimy jak nasze słowa odbijają się w jego oczach,
jak on na to reaguje.

 

Na szkoleniu z komunikacji usłyszymy, że jeśli chcemy być wiarygodni, powinniśmy patrzeć w oczy naszym rozmówcom.
Pewno tak… tyle, że nie jest to obojętne jakie  to jest  spojrzenie.  Lubię opowiadać  o rozmowie z kandydatem na businessmana (on myślał, że już nim jest), który prowadził ze mną rozmowę dokładnie według świeżo poznanych reguł dobrej komunikacji. Był świetnie ubrany,  bo był też na szkoleniu z budowania wizerunku; witając się ścisnął mi rękę, mocniej niż by wymagała tego sytuacja i… fakt, że jestem kobietą, a potem mówiąc i słuchając patrzył mi w oczy… Miałam wrażenie, że nawet na sekundę nie spuścił wzroku, ani nie przeniósł go na coś innego.   Pomyślałam sobie, że to efekt wiary w słowa jakiegoś trenera komunikacji. Istotnie tak było, o czym sam mi powiedział, kiedy już dłużej porozmawialiśmy. Dowiedział się, że ma przez 85% trwania rozmowy patrzeć w oczy rozmówcy…  A ponieważ nie mógł przewidzieć jak długo będziemy rozmawiać, chciał na pewno tę normę wyrobić. Wykorzystał też wiedzę ze szkolenia na temat negocjacji, gdzie dowiedział się, że nie może  pierwszy spuścić wzroku… Nie ukrywam, że było to najbardziej zabawne wyznanie, jakie usłyszałam w swoje karierze psychologa i trenera. Jestem przekonana, że niewłaściwie odebrał to szkolenie, choć on twierdził, że dokładnie to usłyszał.

 

Smuci mnie, że komunikacja dana człowiekowi po to, by łączyć go z innymi ludźmi, a nie tylko (jak utrzymuje część ludzi) żeby lepiej współdziałać,  wykorzystywana jest często jak sposób na osiąganie własnych, najczęściej materialnych,  celów.

Rzadko kto przychodzi na szkolenie, aby chcieć lepiej rozumieć ludzi… a jeśli nawet, to tylko po to, aby odczytać ich potrzeby i sprzedać im to, co ma do sprzedania. Tymczasem ja sam czuję się najlepiej nie wtedy, kiedy sprzedam swoją pracę, ale kiedy mam głębokie rozmowy z innymi ludźmi, kiedy  rozumiem to, co mówią i czują, kiedy ich słowa docierają do mojego serca i odpowiadam tak, jak w takiej chwili odpowiedzieć trzeba, nie czując nawet, że to robię… albo milczę przepełniona różnymi emocjami. A jak to jest u Ciebie?

 

Oczy są zwierciadłem duszy a nie narzędziem manipulacji.
Warto patrzeć w oczy, bo w nich można dostrzec uczucia rozmówcy,
które pozwolą traktować go lepiej, czulej.

 

Zdarza mi się, choć teraz już rzadko,  że rozmawiając z kimś z różnych powodów nie patrzę w oczy. Bywa, że nie widząc w porę prawdziwych uczuć, potraktuję daną osobę zbyt szorstko, albo powiem coś, do czego ona jeszcze nie dojrzała i powiedzenie jej tego w tym właśnie momencie, nie wniesie niczego dobrego.  

 

Ludzie czasem mówią, że chcą coś usłyszeć, że są na to gotowi, a ich oczy mówią zupełnie coś innego.  Twierdzą też, że u nich wszystko w porządku a oczy błagają o pomoc. Owszem, bywa i tak, że oczy pokazują, iż nie należy ufać tej osobie, że nie jest z nami szczera.  

Warto patrzeć w oczy, bo wtedy lepiej możemy podejmować decyzje. Wiem, że moja zdolność docierania  do sedna czyjegoś wyzwania czy bólu łączy się właśnie z tym, że  rozumiem mowę oczu.

Tak,  warto patrzeć w oczy. Po to, by zrozumieć lepiej człowieka, z którym rozmawiamy, z którym jesteśmy w jakiejś relacji. Dzięki temu lepiej się rozumiemy i stajemy się sobie bliżsi. A czy jest coś piękniejszego niż bliskość dwojga ludzi?

 

Dziś popatrz w oczy każdej osoby, z która rozmawiasz, po t, by poczuć się nieco bliżej.

 

 

Print Friendly

Szukaj właściwej osoby

Kiedy coś nam się nie podoba,
zwykle mamy pretensje do ludzi na pierwszej linii,
podczas gdy często są to  tylko jedynie wykonawcy ustaleń

 

Jedną z lepszych rad zapewniających skuteczność jest zasada:Działaj w kręgu własnego wpływu. Mówi ona mniej więcej to, że jeśli chcemy coś osiągnąć, zrealizować jakieś zamierzenie czy cel, trzeba koncentrować się na tym, co my sami możemy w tej kwestii zrobić. Nawet jeśli nasze cele realizowane są poprzez pracę ludzi, którymi kierujemy, możemy zadbać jedynie o swoje myśli, słowa i zachowania w stosunku do tych ludzi.

 

Nie zmienimy nikogo.
Ludzie zmieniają się sami, wtedy, kiedy tego chcą.

 

Możemy jedynie ich inspirować i tworzyć warunki zachęcające do zmian… albo je wymuszające. Podobnie jest z naprawianiem świata. 

 

Jeśli coś nam się nie podoba,
chcemy żeby świat w jakimkolwiek miejscu wyglądał  inaczej niż wygląda, 
trzeba się tym zająć.

 

Wszelka zmiana zaczyna się od nas samych, zatem  zanim zaczniemy wymagać określonych zachowań od innych, trzeba zadbać o właściwe zachowania u siebie. Działając w kręgu własnego wpływu staramy się również postępować tak, aby miało to sens. Po pierwsze chodzi o to, by reagować proaktywnie, czyli nie na zasadzie odreagowania jakiejś negatywnej emocji ale w zgodzie z celem, który chcemy osiągną i przyświecającymi nam wartościami.

My Polacy jesteśmy narodem dość impulsywnym i jeśli coś nam się nie podoba, chętnie reagujemy, tyle że często w sposób agresywny  lub nie tam, gdzie trzeba. Kasjer czy kasjerka w supermarkecie czy w banku odpowiadają za pracę w zakresie swoich kompetencji. To od nich zależy czy są wystarczająco uprzejmi i na ile dokładają starań aby załatwiać nas sprawnie i szybko.  Nie mają natomiast wpływu na sprzedawane produkty, ich brak czy konkretne wymagania od klienta.  Dlatego to nie do nich powinniśmy kierować niektóre uwagi  a tym bardziej pomysły czy zażalenia. Prawdę mówiąc osoby z pierwszej linii nie są nawet do końca odpowiedzialne  za swoje umiejętności. To przełożeni trenują i dopuszczają do kontaktu z klientem, zatem także w tym zakresie posiadają główną odpowiedzialność za obsługę klientów czy interesantów. 

 

Kiedy widzę, że jacyś ludzie ewidentnie nie wykonują swoich obowiązków czy też ich pracy towarzyszą niewłaściwe emocje, mówię im o tym. Wygląda to różnie, w zależności od ich zachowania. Czasami mówię po prostu: Miło byłoby usłyszeć od pani dziękuję; czasem ze  zrozumieniem stwierdzam: Chyba ma pani dziś niełatwy dzień; czasem pytam: Lubi pan swoją pracę?  W zależności od tego, co usłyszę potem różnie kontynuuję.  Zawsze chodzi mi o to, aby pomóc tej sobie zrozumieć związek między własnym zachowaniem a utrzymaniem pracy oraz poczuciem spełnienia. Kiedy jednak pracownik jest nieprzygotowany do wykonywania swoich kompetencji, nie ma narzędzi, wiedzy lub uprawnień, idę do menedżera… a bywa, że jeszcze wyżej.  Zależy mi bowiem na tym, aby dana sprawa była załatwiona.    

 

Powinniśmy reagować na wszelkie nieprawidłowości,
z jakimi spotykamy się korzystając z różnego rodzaju usług,
a także obsługi instytucji państwowych.

Mamy prawo oczekiwać wszelkiej pomocy od tych firm i instytucji.

 

Jeśli chcemy, żeby obsługa była coraz lepsza trzeba wymagać właściwego traktowania, ale także przekazywać informację zwrotną – zarówno pozytywną jak i negatywną –właściwym osobom. Chodzi o to, aby wiedzieli jak odbiera ich pracę klient czy interesant.  Aby mogli stanąć przed konkretnym osobistym wyborem.

 

Dziś jeśli będziesz reagował na niedociągnięcia w pracy innych, kieruj je do właściwych osób. Powstrzymaj się od niemiłych komentarzy.

 

 

 

 

Print Friendly

Bóle rozwojowe

Każdy związek jest szansą na rozwój.
Z każdej relacji można wynieść naukę.
Każdy człowiek ma własną drogę życiowa i uczy się tak, jak potrafi.
Pomagajmy uczyć się naszym dzieciom wyciągać wnioski
i nie zabraniajmy im dokonywać wyborów.
Nie zmuszajmy, by wybierały tak, jak my sobie tego życzymy.
Czasami bolesne doświadczenia są ważniejszą życiową lekcją
niż sukcesy czy tak zwane spokojne życie.
Dusza często wie lepiej, czego ma się uczyć.

 

 Kiedy kocha się kogoś, pragnie się jego szczęścia. Z reguły, jednak,  szczęście jakiego pragniemy dla naszych, dzieci, w ogóle – bliskich to wszystko to, co sami uznajemy za szczęście. Czasem jest to tak, że chcielibyśmy, aby żyły tak jak my – to wtedy, gdy swoje życie postrzegamy jako szczęśliwe; czasami zaś pragniemy dla nich życia zupełnie innego   – ma to miejsce wtedy, kiedy sami nie jesteśmy specjalnie szczęśliwi.  Wcale nie jest powiedziane, że nasi bliscy szczęście rozumieją podobnie, więcej, jest nawet zupełnie możliwe, że widzą je zupełnie inaczej.

 

Może zatem być tak, że patrząc na wybory życiowe dzieci, obawiamy się, że przyjdzie im płacić za to wysoką cenę, że doświadczą czegoś, co w naszym pojęciu jest niedobre, a na pewno nie łączy się ze szczęściem.  Oczywiście próbujemy ich od tego odwieść, nakierować na właściwą drogę, chronić. Choć mamy prawo do własnego zdania i do tego, by je wyrażać, to jednak nie zawsze warto interweniować. Czasem lepiej nawet pozwolić przeżyć  dzieciom (zwłaszcza dorosłym) negatywne konsekwencje jakichś wyborów niż chronić je przed tym doświadczeniem.

 

Wierzę, że każdy człowiek ma nie tylko świadomą drogę do przeżycia, ale ma się również w życiu nauczyć czegoś, co niekoniecznie jest uświadamiane. Często to jego dusza ma pewne potrzeby i dlatego popycha go wciąż w miejsca i do zdarzeń, które mogą mu to zapewnić. Ważne aby to przeżył i wyniósł z tego naukę, by zrozumiał coś ważnego.  Przy czym niekoniecznie musi o tym poinformować cały świat, a w nim – przede wszystkim – nas. To zrozumienie równie może zachodzić na poziomie nieuświadamianym, duchowym. Objawiać się może w późniejszych decyzjach, a czasami nawet dopiero w momencie ostatecznego rozrachunku z życiem. To także jest rozwój. Może nawet ważniejszy niż to, co za takowy uznajemy świadomie.

 

Rozwój człowieka, ni ten świadomy ni nieuświadamiany
nie odbywa się po gładkiej prostej drodze.
To często drogi polne, bezdroża, zakręty, nawet ostre.

 

Nie znam żyjących pełnią życia ludzi, którzy podróżowali przez życie równym, ubitym traktem.  Taka podróż pozbawia kolorytu osobowość i nie powoduje rozwoju. Dlatego czasem dopiero wtedy, kiedy świadomie zabierzemy się za swój rozwój, zaczyna się ciekawa podróż. Właśnie wtedy  pojawiają się niespodzianki, zakręty… bezdroża.  To może rodzić przykre emocje, może boleć.

Kiedy  w wyniku wyborów prowadzących do rozwoju – obojętnie czy uświadamiamy to sobie czy nie – pojawiają się trudne chwile, albo bolesne doświadczenia, warto pamiętać, że to… bóle rozwojowe. Dobrze, kiedy potrafimy tak spojrzeć także na doświadczenia naszych bliskich. Bądźmy przy nich wtedy, bądźmy również przy sobie, kiedy nas to spotyka, jednak postarajmy się o pewien dystans, który pozwoli nam to lepiej znosić.

 

Ileż to razy bywałam w życiu na polnej drodze, nie wiedząc dokąd ona prowadzi.  Ileż  ostrych zakrętów za mną, a wierzę, że również przede mną.  Jednak to, kim dzięki temu jestem i to, co w wyniku tych doświadczeń rozumiem, jest absolutnie bezcenne. Nie łatwo było mi również asystować bólom rozwojowym moich dzieci. Wyzwaniem było dla mnie obserwowanie konsekwencji jakie przyniosły wybory mojej mamie i wciąż wyzwanie stanowi życie brata. Rozumiem jednak, że to ich życie i tylko oni mogli i mogą coś z tego wynieś, zrozumieć, nauczyć się.

 

Każdy ma swoją drogę do przeżycia a to, co nam wydaje się niedobre, może mu służyć, jeśli nie teraz, to w przyszłości… Jeśli nie być przyczynkiem do szczęścia, to do rozwoju duszy.

 

Dziś nabierz dystansu do przeżyć bliskich ci ludzi. Może uda ci się powstrzymać przed nadmierną ingerencja w ich życie. 

 

Print Friendly

Szczęście jest dla wszystkich

Każdy zasługuje na wszystko, co w życiu człowieka dobre:
na miłość innych ludzi, godne życie i dobrobyt.
Każdy zasługuje na to, by być szczęśliwym.

 

Zawsze mnie zastanawia co ludzie myślą i o co im tak naprawdę chodzi, kiedy mówią: chcę być szczęśliwa, albo dążę do szczęścia. Pytam. Najczęściej okazuje się, że łączą to z posiadaniem jakiś rzeczy, obecnością konkretnych osób i układem zdarzeń i sytuacji, jakiego sobie życzą.
Będę szczęśliwa jak będę miała nowe mieszkanie
Będę szczęśliwa jak dzieci będą szczęśliwe, kiedy poukłada im się w życiu tak, jak tego pragną
Będę szczęśliwy jak spłacę kredyt
Będę szczęśliwa jak on mnie będzie kochał

 

A tymczasem szczęście to stan umysłu.
To otwarte serce, otwarte na miłość, na radość, na dobrobyt…

 

Nie zależy ono od okoliczności, powiedziałabym raczej, że bardziej okoliczności zależą od szczęścia. Szczęście nie może leżeć w rękach żadnego człowieka, a tym bardziej rzeczy. A człowiek szczęśliwy z przekonaniem sięga w życiu po to, co dla niego ważne.

 

Dla mnie szczęście to radosne odczuwanie życia, możliwości patrzenia, widzenia, czucia… pisania. Cieszę się bardzo kiedy uda mi się coś dobrze zrobić, raduje mnie każdego rana i zawsze, kiedy do niego wracam moje mieszkanie, wypełnia mnie miłość do dzieci i radość przebywania z nimi, kiedy jesteśmy razem i ciepła melancholia, kiedy myślę o nich, co robią i jak się czują. To radość nie szczęście.

Szczęście odczuwam najsilniej, kiedy patrzę na zachód słońca, kiedy czuję zapach bzu albo choćby zbliżającej się wiosny, kiedy moje ciało wciąż odpowiada właściwym ruchem na moje życzenia,  kiedy wzruszam się pięknem czy jakąś historią, kiedy czytam, gdy piję poranna kawę, siedzę w pociągu a nawet w gabinecie dentystycznym, kiedy pomyślę o którejś z moich córek albo o nieżyjącej mamie czy babci. Odczuwam szczęście, kiedy zapalam świeczki, także te na grobach, kiedy spoglądam na zdjęcia bliskich, których już nie ma, a także wtedy, kiedy dzwoni do mnie nieznośny brat, który jednak jest.  Byłam szczęśliwa nawet wtedy, kiedy żegnałam się na zawsze z Mamą. Teraz, kiedy spoglądam na zaśnieżony park pod moim oknem też jestem szczęśliwa.  Szczęście zależy ode mnie i ma wielki związek ze zdolnością do uczucia wdzięczności i zdolnością koncentrowania się na jaśniejszej stronie życia, na dostrzeganiu wszelkich darów.

 

Człowiekowi szczęśliwemu łatwiej jest zadbać o siebie i innych. Mniej mu potrzeba. Szybciej odczuwa radość. Dobrze postrzega siebie i innych, co w konsekwencji zjednuje mu ludzi. Kochają go, ale przede wszystkim on kocha i nie zastanawia się specjalnie nad tym czy jest kochany. Do głowy mu nie przyjdzie, że miałby specjalnie zasługiwać na miłość, godne życie czy dobrobyt. Z radością wykonuje to, do czego się zobowiązuje, wkłada miłość w to, co robi i dobrą energię: pracuje, zajmuje się domem, dziećmi czy innymi ważnymi sprawami. Jeśli robi to chętnie, z radością, bez kalkulacji i przekonania, że musi na coś zasłużyć, dostaje dobry zwrot swojej pracy czy energii.

 

Ostatnio młoda kobieta powiedziała mi: Może marzenia są nie dla mnie…   Dla Ciebie, dla każdego.
Jeśli płyną z serca i jeśli serce jest otwarte na przyjmowanie wszelkiej dobrej energii , zasługujesz na wszystko o czym marzysz.  Tylko…bądź szczęśliwa.

 

Dziś bądź szczęśliwa, bądź szczęśliwy… w każdej chili. Pokaż sobie, że to zależy od Ciebie.  

 

 

Print Friendly

Czterolistna koniczynka

Każdy z nas ma w swoich dłoniach czterolistną koniczynkę.
Trzeba ją tylko poczuć.

 

Znalezienie czterolistnej koniczynki prognozuje nam w najbliższym czasie szczęśliwe wydarzenia. Pewno każdy kiedyś znalazł albo dostał taką koniczynkę. Robi się je też ze srebra, złota i innych materiałów. Służą jako zawieszki wszelkiego rodzaju.

Pamiętam, że jako dziewczynka, a nawet jako młoda kobieta, wręcz szukałam takich koniczynek na łące czy trawniku. Szukałam również pięciolistnych pojedynczych kwiatków bzu, bo one miały podobną moc… Tylko o ile koniczynkę co najwyżej się zasuszało i nosiło przy sobie albo trzymało gdzieś w pobliżu, o tyle bez trzeba było… zjeść.
Czy spotykało mnie coś szczęśliwego?  Ależ naturalnie! Udawało mi się czegoś dokonać, spotykałam chłopaka, w którym byłam aktualnie zakochana, albo… no niestety to także liczyłam jako szczęście… udawało mi się nie ponieść konsekwencji  lekkomyślności czy niesubordynacji.

 

Magiczna rola czterolistnej koniczynki polega na naszej wierze w dobry los.

 

Ta wiara wcale nie musi być głęboka. Ten symbol na tyle mocno osadził się w kulturze, że jest rodzajem archetypu, który w naszej podświadomości  pracuje bez naszego udziału.  Z wiekiem wyrastamy z myślenia magicznego, zatem już  starsze dzieci wiedzą, że nie może to mieć logicznego związku z naszym życiem.  
A jednak… to działa!

Działa, ponieważ nasza podświadomość prowadzi nas być może nieco inaczej przez kolejne doświadczenia dnia,  powoduje że koncentrujemy się na tym, co pozytywne, co nam się udało a z drugiej strony wysyła w eter nasze pragnienie… I podświadomość zbiorowa odpowiada na to – przyciągamy pożądane zdarzenie.

Byłam zakochana w chłopaku, który mieszkał na drugim końcu miasta. To nie było normalne, że spotykamy się w środku naszego miasteczka… i to zimą. A jednak. Jak dziś pamiętam co najmniej trzy takie wydarzenia, kiedy to wyszłam, żeby spotkać M.  I spotykałam.  Zgadnijcie co miało mi pomóc?  Zasuszona i zapakowana w przezroczystą plastikową twardą kieszonkę   czterolistna koniczynka.  
Nigdy się do tego nie przyznał (ja też nie), ale może i on chciał mnie spotkać. Wtedy to działa silniej.
Koniczynka była wyzwalaczem mojej wiary, przekonania, wręcz pewności, że spotkam ulubionego chłopaka. Resztę robiła podświadomość we współpracy z podświadomością  zbiorową,  prowadząc do nieprzypadkowej koincydencji , do synchronii, która skrzyżowała nasze drogi.

 

W życiu każdego człowieka takie zdarzenia maja miejsce bardzo często, tylko nie zawsze to zauważamy.

 

Mamy dostęp do szczerej wiary i przekonania graniczącego z pewnością,
że jakieś zdarzenie będzie miało miejsce.

 

Nie potrzebujemy wyzwalacza w rodzaju koniczynki, podkowy czy talizmanu, choć na pewno ułatwia to wiarę . Istotne jest to, żeby być o tym całkowicie przekonanym.  Mózg pracuje na jednej myśli, tej najbardziej nasyconej pewnością.  Jeśli silniejsze są lęki i wątpliwości, one zwyciężą. Trzeba ufać. Ufać sobie, ufać światu, ufać Opatrzności i… podejmować kroki w kierunku spełnienia pragnienia.

 

Dziś uwierz w swoje szczęście.  A może podarujesz komuś zaczarowany talizman. Zaczaruj go swoją miłością i dobrym życzeniem.

 

 

Print Friendly

Wykorzystuj swój potencjał

Każdy z nas ma potencjał, by stać się kimś więcej,
ale i odpowiedzialność, by to wykorzystać

 

Dawno temu zachwyciły mnie słowa Gajki Boruckiej, psychologa, żony Jacka Kuronia: Człowiek powinien żyć na poziomie swojej świadomości.  Było dla mnie oczywiste, że nie możemy żyć na niższym poziomie niż wiemy, że warto, że jesteśmy w stanie, że podołamy. Myślałam też sobie wtedy, że jeśli coś jest niedobre, a mamy tego świadomość, trzeba się temu sprzeciwiać a nawet to zwalczać… No w każdym razie nie można stać z założonymi rękami.  To dlatego osoby, których świadomość otworzyła się na sprawy, które u innych wciąż pozostają w cieniu nieświadomości, są odpowiedzialne za oświetlanie drogi, za budzenie świadomości u innych.  Myślałam też o tych słowach jako o wytłumaczeniu dla osób, które z różnych powodów nie dotarły do miejsca, gdzie doznały otwarcia świadomości. Bo też jak można dążyć do czegoś o czym się nie wie, że istnieje, albo robić coś, o czym od dziecka wiesz, że tego nie zrobisz?

Pamiętacie film Truman Show? Człowiek od urodzenia żył w sztucznym mieście, które dla niego stworzono i gdzie przez lata aktorzy udawali, że to jest to normalna rzeczywistość, w każdym razie dla wszystkich w tym mieście.  Jak mógł nie wierzyć? Bombardowana ze wszystkich stron w jeden umówiony sposób świadomość nie miała innej wiedzy, a przekonanie było nie tylko podświadome, ale zalegało również głęboko w podświadomości.

Ja sama do dwudziestego roku żyłam w przekonaniach, które pompowali we mnie dorośli z mojego miasteczka i… telewizji. Wierzyłam, że żyję w najlepszym miejscu… i według najlepszych zasad.  

 

Jest też indiańska opowieść o orlęciu, które wykluło się w kurniku i przez lata przekonane było, że jest kurą i nie może fruwać. Długo nawet nie próbowało. Tu było nieco inaczej, ono od czasu do czasu widziało szybującego orła i tęsknie wzdychało, bo był w nim genetyczny program, który się w takich momentach budził.

I u mnie też tak było: Jako dziecko czułam że mogę więcej, że zrobię więcej… choć nie wiedziałam jeszcze co to będzie. Czułam w sobie jakiś, jeszcze nie określony, ale potencjał, który czeka na odkrycie. Nie nazywałam tego ale dziś mogę tak powiedzieć. Sądzę, że ma to każdy.

 

Oba przykłady pokazują nam prawdę o świadomości i o tym, co mogą z nią zrobić inni.  My ludzie mamy jednak także mechanizmy wrodzone, które budzą w nas różne pragnienia. Pytanie nawet czy takie pragnienie, to już nie jest pewna zmiana świadomości.

 

Dziś patrzę na słowa Gai jeszcze inaczej. Wciąż mają dla mnie tamtą wagę i tamte zrozumienie, ale dodała bym do nich cytat, który dziś rozwijam. Cieszę się, że któraś z pań wybierających fragmenty z moich książek go wybrała, bo  mogę go rozwinąć z w ważne przesłanie:

 

Dziś uważam, że człowiek ma odpowiedzialność za to,
by wykorzystać  jak najwięcej ze swojego potencjału.
 

 

Uważam, że nie podążanie za pragnieniem to mniej lub bardziej świadome marnowanie tego, co w nim się znajduje. Dostałeś zdolność do pisania? Pisz. Widzisz, że potrafisz porywać do działania. Rób to. Dobrze wychodzi ci uczenie innych. Zajmij się tym koniecznie. Czujesz, że możesz odkrywać inne lądy i dokumentować tamtejszą rzeczywistość? Rób to! Nawet wtedy, kiedy ciągnie cię jedynie po to, aby to przeżywać. Przeżywaj. I zawsze rób to na najwyższym poziomie swoich możliwości w danym momencie.

Dziś myślę, że człowiek XXI  wieku nie tylko powinien żyć na poziomie swojej świadomości ale szukać również dróg i sposobów na jej rozwijanie, na poznawanie nowego, innego… może lepszego.

Dlatego w mojej misji długo zapisane było sformułowanie Poszerzam własną świadomość…  Aż stało się to nawykiem.

 

Dziś rób to, o czym wiesz, że warto, że dobre, że właściwe. Może jednak przyjrzyj się również czemuś, co pozostawało dotąd w ciemności.   

 

 

 

 

Print Friendly

Szkolenia

16.09.2016

VI Dni Siły w Warszawie

Gdzie: Warszawa
Prowadzi: Iwona Majewska-Opiełka oraz trenerzy ASDIMO i goście

16.09.2016

Droga do... 2016-2017

Gdzie: Warszawa
Prowadzi: Iwona Majewska-Opiełka

więcej szkoleń

Spotkania KSD

Brak zaplanowanych spotkań

Lubisz ASDIMO?

Kanał YouTube


„Jesteśmy nawzajem za siebie odpowiedzialni. Zbiorowo. Świat jest naszym wspólnym dążeniem. Możemy powiedzieć, że jest jak ogromne puzzle, i każdy z nas jest jego bardzo ważną i niepowtarzalną cząstką. Razem możemy się połączyć i zrodzić potężną przemianę na świecie. Pracując nad wyniesieniem naszej świadomości na wyższy poziom duchowego zrozumienia, zaczniemy uzdrawiać siebie, potem innych i świat.” -Betty Eadie w książce pod redakcją R. Carlsona i B. Shielda „Podręcznik dla duszy”

ARCHIWA BLOGA

Dołącz do nas na Google+